Tereny Valfden > Dział Wypraw
Rozjechać ich!
Gordian Morii:
-Bogowie...- westchnąłem tylko i zabierając ze sobą łuk i strzały ruszyłem w przeciwną stronę od tak, na grzyby! Których oczywiście z racji pory roku nie mogło jeszcze być. Kto jednak mógł wiedzieć czy w okolicy obozu nie znajdzie czegoś ciekawego? Starego wychodka, porzuconego gdzieś w krzakach, zburzonej chałupy zapadłej w bagnistym gruncie, albo skrzyni pełnej skarbów, o której istnieniu nikt nigdy by się nie dowiedział...
-Idealna pora na zające, będą odpoczywać gnojki jedne.
Adaś:
-Idź ale bez świeżego mięsa nie wracaj.-Powiedziałem krótko do Gordiana.
//:Gordziu opisz ładnie jak idziesz. A reszta niech się weźmie za swoją robotę. Prócz Draga bo on póki wieczoru nie zrobię może się byczyć.
Dragosani:
Gordian poszedł w las, a Adamus zaczął krzyczeć na innych. Dragosani zaś wrócił do namiotu, aby się byczyć, czekając do wieczora.
Hagmar:
Od południa jechał mały 30 osobowy oddziałek konnych, czarno-czerwona chorągiew z wyszytym smokiem mówiła jasno kto jedzie. Kompania wjechała do obozu, z potężnego bojowego rumaka zeskoczył ON. Błoto pod jego pancernymi buciorami charakterystycznie plusnęło. Dracon wciągnął nosem odór obozowego powietrza. - Banda amatorów... - ocenił fachowo najemników zakupionych przez jego wasala. - Gdzie jest wasz dowódca?! Wykrzyczał w eter.
Dowiedziawszy się co chciał odjechał zostawiając Roydilowi wsparcie.
//Miśki nie ładnie tak nie odpisywać. Mnie tu nie ma już.
Gordian Morii:
Zmierzchało a więc pora na polowania była nad wyraz dobra bo przecież drapieżniki atakują nocą albo o świcie, a popołudnie i wieczór to pora w której już albo jeszcze odpoczywają. Wychodząc z namiotu podszedłem do swojego konia i wyciągnąłem z juków płaszcz, który w lesie dawał po pierwsze ochronę przed gałęziami i owadami, a z drugiej strony sprawiał, że taki myśliwy był dużo ciężej zauważalny wśród listowia.
Strzał było jeszcze całkiem całkiem, a więc o amunicję nie było co się martwić, od biedy i miecz dawał się łatwo wyciągnąć a jako, że przezorny ubezpieczony prawie zawsze, to nie było się raczej o co martwić.
Z bronią na ramieniu ruszyłem w przeciwnym kierunku, w którym to miał wyruszyć zwiadowca i z planem poruszania się trasą łukowatą uważnie obserwowałem las i wszystko to co się w nim znajdowało. Oprócz zwierzyny szukałem także roślin leczniczych, które podczas zbliżającej się potyczki mogłyby być bardzo przydatne.
//:Panowie, bo wódka w karczmach stygnie. Szybciorem to robić, ni ma czasu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej