Mutant był diabelnie szybki. Szybszy niż wiatr, można rzec. Dosłownie i w przenośni. Nim Zeleris zdążył zareagować paskuda umknęła jego zaklęciu i znalazła się przy nim. Tego mag chciał ponad wszystko uniknąć, co było raczej zrozumiałe biorąc pod uwagę agresję potworów i ich ostre szpony, macki i takie tam. Flamel usiłował odskoczyć, czy coś, lecz nie zdołał. Mutant był szybszy. Mag wrzasnął z bólu, gdy poczuł uderzenie w plecy. Poczuł ostry ból. Coś ciepłego zaczęło mu zalewać tył ciała. Głupi nie był, więc zrozumiał, że został ranny i to wcale nie lekko. Niemalże instynktownie wybrał odpowiednie miejsce, z dala od mutantów, blisko zaś wyjścia z laboratorium i korytarza, i teleportował się. Zniknął tym samym mutantowi z zasięgu, przynajmniej na tę chwilę. Będąc w chwilowo bezpiecznym miejscu padł na kolana, sycząc z bólu. Był wściekły, chciał zniszczyć te potwory, nawet gołymi rękami. Ale zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie. Zapewne mało kto by był. Spróbował oddalić się w głąb korytarza, jednocześnie zastanawiając się, czy da jeszcze radę coś zadziałać w tej walce.