Tereny Valfden > Dział Wypraw
Stale sobą być? Cichy karczmarski zwiad w "Obieżyświacie"
Istedd:
Istedd odmachnął im ckliwie dłonią lecz dopiero po dłuższej chwili. W jakże małym odstępie czasu zawitał do niego nieco podpity towarzysz. Całkiem chyba nieźle szła mu rozmowa bandą krasnoludów. Przynajmniej nie rzygał po pierwszej turze. Zyskał tedy nieco szacunku w oczach naszej byłej moczymordy, którą również ucieszył fakt, że tamten zamówił piwo.
- Dziękuję. - odparł z nutką wdzięczności w głosie i rozejrzał się. Na pierwszy rzut oka nikt aż nazbyt nie chciał ich podsłuchiwać. Też ściszył głos.
- Niewiele. Nihil novi właściwie, rzec można. Podobno hrabia na festynie o tej sprawie otwarcie rozpowiadał. Być może chciał kogoś sprowokować? Już się na niego akcja rozwija. Chłopcy z północy wzięli zaliczkę za rozpierduchę jakowąś. Bynajmniej tyle. Chłopi zaś, jak to chłopi... sądzą, że ów hrabia to nekrofil i zło na siebie przyciągnął. Boją się wyraźnie o tym mówić. A ty czegoś się dowiedział?
Elrond Ñoldor:
- Więcej. Istnieje ponoć jakaś większa organizacja która scala wszystkich okolicznych bandytów. Każą im kopać kopalnie w górach na północy, a także przeszukiwać stare dracońskie twierdze. I jak ty powiedziałeś zlecają także napady. Przestępczość stała się zorganizowana i ma chyba jeden mózg. Jak to zwykle bywa. Tutejsi włodarze od zawsze walczyli z jakimiś przywódcami sekt i innym tałatajstwem. Schemat jest podobny. Jeśli dochodzi do tego zaginięcie wszystkich ludzi z całej wioski, to niech mi szczerbata kurwa jajca odgryzie, mamy do czynienia z jakąś sektą, a na pewno z czymś co para się jakąś brudniejszą magią. Dzieciaków i kobiet ot tak do kopalni się nie zaciągnie. Raz dwa padną. I jeszcze wyżywienie. A chłopów mało. Jeśli ktoś szykuje się na coś większego, siłą rzeczy musi działaś szybko i efektywnie. Dlatego sądzę, że po prostu wioska Wyręby trafiła na stół rytualny albo coś podobnego - po monologu człowiek umoczył usta.
- Zostało nam tylko jedno najważniejsze pytanie. Jak to całe gówno się nazywa.
Kątem oka odszukał Malavona
- Oho.Widzę potężnego maga... Tylko najwięksi znają się na metamorfozie... Zauważyłeś? Nasz elfi czarodziej, rozmówca Malavona, wcześniej był jakimś Nekromantą. Ciekawe która z jego postaci była prawdziwa. Chyba ta wcześniejsza... - Elrond starał się nie patrzeć na nich. Bardziej zainteresował go kufel. Niech chciał spalić pozycji jego kumpla z Gildii.
Istedd:
- A. - skomentował wszystko w jakże ładny sposób i ujął kufel, który podał karczmarz. Stuknął się ze staruszkiem naczyniem, czego ten chyba się nie spodziewał, po czym zagrzmiał przełyk naszego bohatera. Lał weń, jak w mordę się leje gówniarza, który ojca swego obraża. Oczywiście nie odrywał ust, póki nie opróżnił kufla z pienistego, całkiem przystępnego napoju. Westchnął cicho, zebrał się w sobie i beknął. Beknął, jakby w beknięciu były setnie rogi, słychać zamieszania, szczwania, gniewu, trwogi! Pijaków, mend i najemników, a Istedd spojrzał na sufit i triumfu hymn uderzył w chmury. Całkiem długo przeciągnął ową symfonię zadowolenia. Na około dziesięć sekund. Potem westchnął.
- Głód, zaraza, burdel i przeraza! - po raz drugi podsumował to, o czym mówił magik i również zerknął na Malavona. Kiwnął potakująco głową na stwierdzenie towarzysza. Po chwili jednak odwrócił wzrok.
- Jeszcze kto nam do przepytania ostał? Ja widzę jeno tamtą szajkę najemników... - szepnął i gestem głowy wskazał na wspomnianą grupkę.
Elrond Ñoldor:
Elrond wyciągnął pająka ze swojego kufla. Spojrzał na sufit i pokręcił głową.
- Jakieś skurwysyny zapewne. ÂŹle im z oczu patrzy. Nigdy nie miałem... czegoś tam... by na równi z takowymi dyskutować. Najlepiej działał miecz w pierś albo piorun kulisty. Naszego pięknisiowatego elfiego towarzysza jakoś nijak do nich prowadzać. Jeszcze zgwałcą i się narobi - zachichrał.
- Dobieramy się do nich jakoś? We dwójkę?
Istedd:
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Cóż... sam zapewne nie czułby się dobrze w takowej kompaniji, toteż nie wypowiadał się raczej na ów temat zbytnio przychylnie. Ba! Nie wypowiedział się wcale. Wykrzywił twarz w szczerym, słowiańskim uśmiechu na wieść o gwałcie. Cóż... do takiej sprawy trzeba mieć jaja z żelaza.
- Racyja święta. Choć dobierać się... to brzmi, jakbyś chciał weń wejść i potomków próbować płodzić. Ale racyja, racyja święta, trzeba dupę w troki wziąć i zająć się tym. W razie czego my przygód poszukiwacze, ja imieniem Erhard, żeby nie wydać się naprawdę, bo nigdy nie wiadomo czy zatargu z kimś nie mam. Plan mój bynajmniej tak wygląda. Bo raczej burdy nie chce wywoływać. Mieliśmy wszak to rozegrać bez agresji. Chyba... no, mniejsza. Niech nasz elfik sobie gaworzy, my idziem do owej bandy. - rzekł i nie czekając nawet na odpowiedź tamtego, co do "genialnego planu" Istedda podszedł do siedzącej bandy.
- Czołem! Dosiąść się można? - zapytał i nim uzyskał odpowiedź przyciągnął już sobie stołek, na którym zasiadł. Cóż... zapadło dość nieprzyjemne milczenie. Miał nadzieję, że staruszek wkroczy do akcji.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej