Tereny Valfden > Dział Wypraw
Stale sobą być? Cichy karczmarski zwiad w "Obieżyświacie"
Malavon:
-Skąd znasz tego staruszka? Był twoim uczniem? On i ten Mantos , o którym wspomniałeś? Skoro masz taką moc, to co osoba twojego pokroju robi tu w "Obieżyświacie". Nie powinieneś próbować zmienić świata, albo go zniszczyć w takim razie? Zagłębiając się w historię można dojrzeć, że większość osób z umiejętnościami, o których wspomniałeś miała jedynie takie plany.
Istedd:
Nie zdążył zareagować. Po prostu się zagapił. Jak to się stało? Bogi jedne wiedzą! Nie było to wcale przyjemne uczucie, dostać w pierś z nader silnego kopnięcia. Było to raczej nieprzyjemne, bolesne i wielce nieuprzejme z ich strony. Widać brak im było honoru i romantycznych, rycerskich wartości, które zastąpili empiryczną drogą prowadzenia długiego i bezpiecznego życia. Słowy innymi - nie cackali się zeń wcale! Prawie zdołał wyciągnąć miecz z pochwy (mając to na myśli chodzi narratorowi o to, że jeno zdołał obnażyć lekko ostrze, acz nie zdążył nawet wyszarpać go z pochwy i zadać ciosu), nim upadł na ziemię. Dodatkowo w odruchu intuicji naprężył mięśnie. Nie okazało się to zbyt... pomocne w tej sprawie, gdyż nie dało dostatecznej obrony przed upadkiem i utratą świadomości. Widząc, jak równie nieszlachetnie potraktowali staruszka zasmucił się jeszcze bardziej! Dochodziła do tego nader cięta riposta ze strony herszta. A potem ciemność. Ciemność ciemna, rzec można. Elrond próbował zaś ocucić zacnego warchoła, acz czy przyniosło to oczekiwania?
Gunses:
//Malavon
- A skąd pewność, że nie zmieniam świata? ÂŻe właśnie tu w tej karczmie nie zmieniamy losów świata? Jesteśmy ziarnami w wielkiej machinie czasu. Ale jednak to właśnie ziarenka piasku napędzają tą machinę, nie prawda? A Elronda i Mantosa znałem z... dawnego życia.
//Istedd.
Obudziłeś się :P
Istedd:
- ÂŁo kurwa. - skomentował tylko, kiedy bardzo opieszale wróciły zmysły. Pierw nie wrócił dotyk czy smak, a właściwie węch. Potem dopiero czucie, a na końcu wzrok i wreszcie słuch. Zaklął raz jeszcze, tym bardziej szpetniej, po krasnoludzku wręcz i podniósł się do pozycji siedzącej. Rozmasował miejsce kontaktu z nogą tamtego. Bolało niemiłosiernie! Czyżby tamten miał podkute buty!? Dodatkowo rypało go w karku i krzyżu. Westchnął i sięgnął po jeden z kufli ostałych na stole. Wylał resztkę owej zawartości do gęby. Od razu poczuł się lepiej.
- Dziękuję... nic ci nie jest? Mocno cię chyba pieprznęły te skurwysyny chędożone... tfu! Głód i zaraza! - mruknął i splunął. Spróbował wstać, a właściwie jako-li pijany wtoczył się na ławę.
- ÂŻe też dałem się tak zaskoczyć... niech to szlag... dobrze, że ta cycata tego nie widziała... - uśmiechnął się wilczo.
- Nie byli chyba skorzy do rozmowy...
Elrond Ñoldor:
- Skoro prośby nie zadziałały, spróbowałem groźby. I chujnia z patatajnią. ÂŚcigać ich to jawna głupota. Jaki mamy teraz plan? - nagle poczciwa człowieczyna dosłyszała swoje imię. I to nie po raz pierwszy. I dziwne było to, bo jego imię jest wyjątkowe i nigdy nie spotkał, ani nie słyszał by ktoś posiadał podobne. I znowu spostrzegł dziwnego czarodzieja, który rozmawiał z Malavonem. W jego ciele toczyła się zażarta walka ciekawości kontra logiki, bo z jednej strony chciał się w końcu dowiedzieć, kim jest tajemniczy osobnik, z drugiej zdawał sobie sprawę że może spartolić Malavonowi robotę. Ale skoro i tak został zdemaskowany, postanowił postawić wszystko na jedną kartę.
- Jest jeszcze kilku kupców - o tam, wskazał brodą. - Którzy mogą coś wiedzieć. I ten Czarodziej prosi się o rozmowę ze mną. Rozdzielamy się?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej