Już zza drzwi słyszeliście klątwy
- Cholera jasna... Jak ja mam do cholery leczyć? Proszę, proszę... Otwarte! - zawołał. Weszliście. Uderzył w was zapach ziół. Było ich tu dużo. Były flakony z eliksirami, były narzędzia medyczne, skalpele, nożyczki, pęsety, chwytaki, zaciski, piły, igły. Przy wszystkim krzątał się osobnik w białym kitlu. Był młody, czarnowłosy. Widać, ze lubił swoją pracę i oddawał jej się bez końca. Telekinezą przysunął do siebie niektóre z narzędzi, zaczął coś skręcać. Było to rusztowanie, zewnątrz mające kształt kwadratu o bokach około 30 cm, w środku zaś rusztowanie było ułożone tak, aby włożyć jakiś okrągły kulisty przedmiot. Odwrócił się do was, na szyi miał medalion ze znakiem węża zjadającego swój własny ogon.
- W czym mogę wam pomóc. Ktoś jest ranny albo chory?