I rzeczywiście, atmosfera sprawiała, że na sercu robiło się jakby lżej, krew jakoś ochoczej krążyła po żyłach i nie pozwalała, by ciało opuścił choć najmniejszy strzępek ciepła. Zapach mięsiwa pieczonego nad ogromnym, buchającym żarem ogniskiem wypełniający nozdrza, smak i spiekota wódki w ustach od razu sprawiała, że człowiek nagle czuł się duszą towarzystwa. ÂŻyć nie umierać. Nie było końca wesołym rozmowom, śmiechom, żartom i piciu. Dusza się radowała. Dla młodego Nivellena była to dodatkowo ucieczka od niewzruszonej dyscypliny panującej w Szwadronie, wiecznej uwagi na etykietę, tytułowanie przełożonych, ale i podwładnych. Istna katorga, na dodatek nie mająca końca. Służba prawu, pies ją trącał. Nic, doprawdy nic nie ma lepszego w świecie aniżeli kompania zbójecka w nieustannej tułaczce.
- Myślę - powiedział i w tym samym momencie zdecydował się na coś. Coś niewątpliwie szczególnego. - ÂŻe zostaniemy tu na dłużej - uśmiechnął się i jakby na podniesienie wagi swych słów uniósł w górę flaszkę, stuknął nią o sąsiednią i po tym improwizowanym toaście wlał sobie w gardło kilka łyków mętnej cieczy.
- Co ty na to, Faust? - zapytał towarzysza, nie oczekując by ten nie doszedł do podobnych wniosków.