Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha
Anette Du'Monteau:
Dwóch strażników wywaliło się na koledze, ale reszta waliła prosto przez ciżbę rzucając ludźmi jak szmacianymi lalkami. Większość dobyła młotów uznając je za poręczniejsze do walki w tłumie niż włócznie. Słyszałeś za plecami wyraźny chrzęst pancerzy.
Istedd:
Taki młotem mogli go co najwyżej zdzielić przez plecy, cha! A na to przecież by nie wpadli... chyba. Cóż, Istedd raczej wolałby włócznie przy sobie zachować i próbować dźgnąć uciekającego. Zawsze taka broń mogła posłużyć jako bardzo niezrównoważony i niezbyt pomocny, ale (zawsze!) oszczep, którym można by cisnąć w przeciwnika. Może nie byłoby to najlepsze rozwiązanie, ale jednak lepsze niż uganianie się za uciekającym warchołem. Miał dodatkowo tą przewagę, że nie był zbytnio obłożony ciężkim sprzętem. Dodatkowo strach dodawał skrzydeł. I to w iście prawdziwym stylu. Wyciągał nogi jak najdalej. Oddychał ustami oraz pełną piersią. Musiał wszakże dostarczać sobie odpowiednią ilość tlenu, o czym jednak w tej chwili nie myślał. Nie odwracał się przez ramię. Zaklął znowu. Postanowił ich zgubić w bardzo... nieszlachetny sposób. W biegu zamachnął się i ciął jakiegoś stojącego szlachetkę w ramię.
- Wybacz! - burknął pod nosem i w duchu miał nadzieję, iż ów zwali się tamtym pod stopy. Cóż... ofiary muszą być, a nasz bohater to być może posiadacz charakteru chaotycznego, acz dobrego. Lub po prostu chaotycznego złego w tej chwili. Ale i tak był jako-li praworządny dobry, nieprawdaż?
Anette Du'Monteau:
Jeden z goniących cię strażników się nie wyrobił i padł jak płaski na ziemię razem z rannym gościem festynu. pozostałych trzech jakoś się wyrobiło. Wyszedłeś już niemal z tłumu co pozwoliło strażnikom na dodatkowe działania. Kilka cali od ciebie wbiła się włócznia. O mały włos a przebiła by cię upodobniając do świniaka na rożnie. Kiedy sądziłeś, że szczęście znów ci dopisuje, wpadłeś wprost na kapitana miejscowej straży, którego miałeś okazję poznać podczas wchodzenia na balkon. Oboje wyrżnęliście się na ziemię.
Istedd:
Kiedy niedaleko wbiła się włócznia pot wstąpił mu na czoło. Otworzył mimowolnie szerzej oczy i chyba gnał jakoby poparzony od gorącej zupy. Ale czy to możliwe biec jeszcze szybciej, niż w swej całej sile? Chyba tak. Istedd był na to dowodem. Istotnie... kurzyło się wręcz za nim. Nadal także się nie oglądał. Już rad był i chciał pochwalić swe szczęście, kiedy stała się rzecz bardzo... nieprzyjemna i nieoczekiwana. Znikąd pojawił się poznany wcześniej kapitan. Po chwili odezwało się głuche łupnięcie i odezwał się u naszego bohatera ból w obojczyku, żywocie i nogach. Zamortyzował upadek na twarz rękoma i podziękował bogom, że nie nadział się na własny miecz. Własny, acz zakrwawiony miecz. Nie zdążył zebrać nawet myśli i przez głowę, z nader szybkiego zamachu ciął na oślep tamtego. Przeturlał się niezbyt finezyjnie na bok, wsparł się na dłoniach i jako-li sztafeta ruszył znów do biegu. Raz jeszcze ciął za siebie, gdyby kapitan zechciał chwycić go za buta. Miał nadzieję, że tamten nie zdąży rozeznać się w sytuacji i tego wykonać.
Anette Du'Monteau:
Kapitan najwyraźniej oberwał, bo widać było jak trzyma się za ramię. Przed sobą zauważyłeś stajnię, w której to zostawiłeś swojego konia, a z niej właśnie wychodził stajenny prowadząc twojego wierzchowca w niewiadomym kierunku.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej