Tereny Valfden > Dział Wypraw

Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha

<< < (17/20) > >>

Istedd:
Wyczekiwał odpowiedzi tamtego. Wydawał się być dość tym zaniepokojony, ze ów szlachetka niczego sobie nie przypomina. Kontynuował temat. Grał na zwłokę i na szczęście. Przy okazji przesunął się kilka kroków w bok, żeby Messer mógł go zobaczyć. Acz uczynił to tylko po to, aby oddać czysty strzał.
- Mości panie, przecież żeś zamówił ode mnie te najlepsze alkohole. Te, jakże to ująłeś, zbyt drogie. Cena spadła tedy specjalnie dla ciebie, mości panie do sumy, jaką proponowałeś. Po długim zamyśle wydaje mi się rozsądna, toteż co o tym sądzisz? Dalej nie pamiętasz, mości panie? - pytał i wykrzywił się jakby z niemałym rozczarowaniem. Powoli skierował swą dłoń i włosów i przeczesał je dalej grając zmieszanego. W rzeczywistości określił przypuszczalny tor lotu pocisku z ukrytego ostrza. Dalej drapiąc się w głowę i wykrzywiając zniżył nieco dłoń i przeczesał brodę. Spojrzał się tamtemu głęboko w oczy. Dawał sobie jeszcze ostatnie sekundy, nim tamtemu pośle pocisk w szyję.

Anette Du'Monteau:
Już chciał coś powiedzieć, ale jeden z siedzących obok mężczyzn nachylił się i szepnął Messerowi parę słów na ucho. -Panie to chyba on. Proszę spojrzeć na strój. Messer Graf wcale nie wydawał się weselszy, zaczął za to wznosić rękę żeby dać sygnał strażnikom. Dłoń opadła, a gwardziści się uśmiechnęli.

Istedd:
Uniósł pytająco brew. Nie chciał podsłuchiwać, acz pojedyncze słowa mimowolnie wpadły mu do ucha... wot tak po prostu. Zrozumiał tyle, że zwrócili uwagę na jego dość nietypowy strój. Przeklął wtedy mistrza organizacji uznając go za idiotę, dlatego właśnie, że "kazał" im łazić w takich wdziankach, które niby czynić ich miały mniej rozpoznawalnymi w tłumie. ÂŁatwiej już było przybrać zwykły kubrak kupiecki i grać gburowatego handlarza, aniżeli udawać szlachcica w takim przypadku. Poczuł mrowienie na plecach i brodzie. Czyżby domyślali się czegoś? A może wykryli już jego podstęp. Nie... nie dał po sobie tego poznać.
- Nie pamiętasz, mości panie, tego sygnetu, któryś mi dał? - zapytał i wyciągnął w jego kierunku dłoń. Owszem, podobno (słyszał tak od kogoś) szlachta lubiła rozdawać swe sygnety, pierścienie oraz insze ozdoby, by pokazać swój pański, hojny gest, a także zaszpanować i dać do zrozumienia o swej wyższości. Szczególnie nad kimś nobilitowanym, ale niższych w hierarchii. Kiedy być może wzrok tamtego spoczął na pustej dłoni posiadacza warcholskich wąsów Istedd uśmiechnął się jako-li wilcy w noc ciemną. Odpowiedź była to swawolna na tajemne uśmieszki gwardzistów. Po chwili ukryte ostrze wystrzeliło. Mierzył w szyję tamtemu. Jeszcze za nim doczekał efektu dłoń rozwartą zacisnął w pięść, na pięcie się okręcił i potężnie spróbował trzasnąć stojącego po lewej strażnika w pysk. Po tym planował już rozpocząć karkołomną ucieczkę. Nie było powrotu.

Anette Du'Monteau:
Ostrze wbiło się między szyję zaraz nad obojczykiem. Messer zacharczał, po czym zwalił się na bok z trudem łapiąc oddech. Strażnicy podskoczyli jak jeden mąż i ruszyli na przód w kierunku zabójcy.

Istedd:
Zaczyna się, o kurwaaaa! - inteligentnie podsumował to wszystko w myśli i rzucił się do ucieczki. Pierwsze co zrobił, to wykorzystał uderzonego wcześniej strażnika, jako swoistą barierę. Pochwycił go za rękę oraz obojczyk (to osłabi jego obojczyk!), zakręcił tamtym, jednocześnie podstawiając mu nogę i samotrzeć wkładając w to całą swoją krzepę, obrócił się na pięcie i jęknął, albowiem delikwent był ciężki. Powinien również obalić się o nogę wystawioną przez posiadacza majestatycznej brody oraz (co za tym idzie) upaść wprost pod nogi nadbiegających strażników, dla niektórych obok, rzecz jasna, ale mniejsza o to. Po chwili Istedd puścił się szaleńczym biegiem nie oglądając się na skutki swego planu. Poczuł silny ból pleców... chyba coś sobie nadwyrężył i jednocześnie z pochwy dobył miecza. Starał się biec jak najszybciej nogi go niosły. Wpadł w nieco przebrany już wcześniej motłoch, acz nie począł swych słynnych (bo nieodkrytych!) "zwodów", które raczej tylko zmniejszały dystans pogoni. Biegł przed siebie, przepychał się brutalnie przez ludzi i nie oglądał się za siebie. Gdzie się kierował? Do stajni. Chyba. I to krętymi uliczkami. Tą samą, w której wcześniej był, a która okazała się pusta.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej