Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha
Istedd:
- Dupa nie obyczaj, pierwsze słyszę! Wyjechała i już, kurwa mać, że tak się wyrażę, nic zatem tobie do tego, łyku. Ja? Przebierańcem!? Doprawdy, cholernieś się wkopał, popaprańcu! Zaraz kapitanowi doniosę, że ktoś tak prosty ośmiela się samego Erharda Draulinga oskarżać! Jesteś pan skończony! - odparł dalej ciągnąc swe wywody. Poczerwieniał wyraźnie na twarzy i oddychał ciężko. Imitował zaiste teatralnie wręcz rozgniewanego szlachcica. Fuknął na tamtego, obrócił się na pięcie i skierował w tłum. Miał nadzieję, że strażnik nie będzie go ścigał oraz, że zgubi go w niemałej kohorcie motłochu. Sprawa nie wyglądała całkiem przyjemnie. Zapowiadało się wręcz bardzo ciężko. Poprawił mechanizm ukrytego ostrza na ręce i mocniej przypasał miecz. Uspokoił się nieco. Obrócił się by zoczyć, czy owa persona go nie ściga.
Anette Du'Monteau:
Zauważyłeś tylko ja mężczyzna się odwrócił i zaczął coś mówić do reszty kręcących się strażników. Najwidoczniej to on był tutaj kapitanem. Przygotowania do "spektaklu" nie zapowiadały się ciekawie.
Istedd:
Rzeczywiście miał dzisiaj szczęście. I to cholernie wielkie szczęście. Zupełnie jak ci, którzy zginęli od pierdyknięcia meteorytu, a na których cześć zorganizowany festiwal o jakże wpadającej w ucho nazwie. Szczęście miał równie wielkie także, jak tego dnia, kiedy musiał ściąć sobie brodę. Od tego czasu postanowił, że nie będzie tego próbował znowu wykonać przy pomocy miecza. Jakoś było to bolesne, a samo przeżycie niezbyt miłe i przyjemne. Tak się właśnie czuł. Poszkodowany przez los i wyroki bóstw. Przez chwilę lawirował w tłumie, byleby wgryźć się weń głębiej i zgubić wścibskie spojrzenia straży. Przez przypadek celowo popchnął jakiegoś grubasa, to znowu barkiem uderzył jakowąś matkę z bachorem i staranował małe dziecko bawiące się w gnoju. Był zły. I to bardzo. Zupełnie jak Severus, kiedy nie udało mu się wychędożyć napotkanej elfki. Taki chyba był, bynajmniej w mniemaniu Kruka, który nie wiedzieć czemu zastanowił się nad sprawą swych towarzyskich relacji z innymi członkami organizacji z nazwą zawierającą nazwę ptaka o czarnych piórach. Postanowił poczekać na rozwój sytuacji, udać się do bocznej uliczki i stamtąd próbować coś wykombinować.
Anette Du'Monteau:
Nie było wiele takich uliczek, ale ta na którą trafiłeś była prawie całkowicie pusta. Nie licząc jakiejś młodej pary obściskującej się w kącie. Gdy tylko zobaczyli brodatego jegomościa od razu zniknęli. Posłali mu nienawistne spojrzenie i poszli w pizdu siną dal.
Istedd:
Ucieszyło go, że owa para poszła sobie won daleko od miejsca, które obrał za naczelne dowództwo całej operacji. Z pewnością wystraszyli się jego warcholskich wąsów, majestatycznej brody, ostrych rysów twarzy, wilczego uśmiechu i broni przy pasie. Lub po prostu woleli zająć się pieprzeniem chędożeniem produkowaniem gówniarstwa mnożeniem. Matematyczną sztuką, którą wykonać może tylko mężczyzna z kobietą. Acz różne wariacje działy się w tym świecie i nihil novi było obaczyć parę mężczyzn, która razem mnożyła, albo gorzej! Dzieliła przez zero. Właśnie! Dzielenie przez zero! Istedd wyrysował nogą na piasku cyfrę 7, następnie znak mnożenie, a na samym końcu zero. Z pewnością dzięki temu dozna olśnienia. Zamknął oczy i wyobraził sobie eksplodujący świat. Acz na myśl przyszły mu tylko spore piersi. Całkiem apetyczne. Oblizał się aż. Pokręcił po chwili głową. Cholera! Musiał działać! Wychylił się zza rogu i jął liczyć wszelakich strażników, których zoczył. Dodatkowo wyszukiwał najbogatszego (w swym mniemaniu) człeka. Tak tylko, żeby ukraść mu sakiewkę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej