Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha
Anette Du'Monteau:
Przed oczami mignęło ci już z pięciu strażników. Każdy uzbrojony w włócznię i miecz. Za osłonę służyła im wzmacniana skórzana zbroja. Z tego wynikało, że to była straż jedynie do pilnowania ludzi niż łapania prawdopodobnych morderców. Ci lepsi raczej kryli się po kątach jak sam Istedd albo byli blisko ważnych osobistości. Co do szukania bogatej osoby, to cóż...znalazłeś...wszystkich. Tak było w czym wybierać. Piersiaste panie w bogatych sukniach, panowie chodzący z rękami obwieszonymi pierścieniami, czy młodzi, którzy dopiero co się dorobili majątku i prezentowali na sobie nowe "trendy" w ubiorze.
Istedd:
Zaklął dwukrotnie. Naprawdę zapowiadało się nieciekawie. Z jednej strony było tu wiele straży, z drugiej natomiast - trudno było znaleźć najbogatszego szlachetkę. Cóż nasz rębajło miał począć? Otóż od samego początku skreślił pomysł okradzenia jakowejś znacznej osobistości. Było tu po prostu zbyt wiele straży, a dodatkowo jakoś nie był przekonany co do swojego kunsztu w tej sprawie. Westchną, ale wpadł na pomysł. Otóż cel na pewno wejdzie na jakoweś podium, albo coś w ten deseń i stamtąd wygłosi mowę o niczym i wszystkim. Wtedy najdogodniejszym będzie celem i da się go wyeliminować z odległości. Albo... niekonieczne z daleka. Ze średniej lubo bliskiej odległości.
- Głód i zaraza! - skomentował w myśli. A! Niech straci! Znowu wrócił w tłum szlachetków obserwując dekolty pań. Tych młodszych, rzecz jasna. Wrócił pod jeden z balkonów, być może nawet ten sam co wcześniej, powtórzył procedurę obserwacji terenu, byleby nie wpaść znowu na strażników i jął się wspinać. Tym razem szybciej, jakby ściana go parzyła.
Anette Du'Monteau:
Z górnego balkonika dobiegł cię drobny pisk.
-Aaaaa! - krzyczała kobieta. -Złodziej! Precz łajdaku! Kobieta zaczęła stopami deptać w miejsca gdzie mogłeś włożyć rękę żeby się podciągnąć. Potem kolejny raz zawołała straże. Z daleka było słychać poruszenie.
Istedd:
Ucisk stopy na dłonie Istedda okazał się nader silny. Czyżby kobieta aż tak była gruba? Nie, po prostu w takiej sytuacji każda kobieta bardzo mocno dociskała stopy, byleby spróbować zrzucić takiego delikwenta. Nie było w tym nic dziwnego, może po tym, że jakoś nie miał ochoty wychylać się, by zajrzeć tamtej pod spódnicę. Stracił do tego ochotę, kiedy usłyszał poruszenie. Mógł albo wejść na górę, albo zeskoczyć. Pozostanie tutaj nie wchodziło w grę. Wiedziony impulsem począł szybko schodzić na dół, a przy nawet sporej odległości zeskoczył. Przeturlał się w tył, co okazało się paskudnym wysiłkiem dla karku i pleców i wbił się w tłum jak komar wbiła się w ciało. Zaklął przy tym sowicie. Jakoś stracił ochotę próbować wejścia na górę po raz trzeci. Dodatkowo mogli go ścigać strażnicy, toteż sprawy miały się poważnie. Schowanie się w ciemnej uliczce wydałoby się podejrzane, toteż próbować lawirować między tłumem.
Anette Du'Monteau:
Strażnicy przybiegli na miejsce. Jeden zaczął przepytywać kobietę, a pozostali bacznie się rozglądali.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej