Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha
Anette Du'Monteau:
Odnalazłeś szybko stajnie. Stajenny bez słowa przyjął od ciebie wierzchowca i zaprowadził go do boksu.
-Na koszt szlachetnego pana. - wytłumaczył. Większość dachów była płaska, a także spadzista i nie nadawała się na ciągłe sterczenie. Nie dość że człowieka było widać jak na ręce to jeszcze trudno było się utrzymać w miejscu. jedynie balkoniki mieszkań na wyższych piętrach zdawały się jakimś rozwiązaniem, choć nie zawsze trafnym.
Istedd:
- Dziękuję tedy. - odparł stajennemu, który wydał się nad wyraz pospolitym i niewyróżniającym się człowiekiem. Był po prostu jednym z wielu, jakoby los przyszykował mu tylko epizodyczną rolę w postaci jednego dialogu i chwilowego pojawienie się na scenie zwanej życiem. Nie zmartwiło to jednak Istedda. Miał chociaż nadzieję, że nie dobiorą się do świeżo otrzymanego podarunku - trunku. Inaczej byłoby krucho z tak marną postacią, jaką okazał się chłopak. Zmartwiło go natomiast ułożenie dachów. Nie nadawały się zbytnio do prowadzenia tak otwartych akcji szpanowania umiejętnościami biegłego skakania i strzelania z łuku do ruszających się gór mięsa i mięśni, a także włosów, zębów i wnętrzności. Tak wyglądała anatomia wszelakich humanoidalnych stworzeń! Może poza czarnuchami Murzynami posiadaczami czarnej jak smoła skóry. Któż wie bowiem, co mają w środku?
Kruk postanowił lepiej rozejrzeć się po okolicy. Namierzył więc jeden z balkoników, który rzecz jasna był pusty i położony na średniej wysokości, rozejrzał się czy nikt aby nie patrzy, zaparł się nogami i rękoma i począł się nieco niefinezyjnie i jak guzdrała wspinać na górę.
Anette Du'Monteau:
Prawie udało ci się wspiąć, ale wtedy ktoś ci zwrócił uwagę.
-Ej Ty! Złaź stamtąd natychmiast! Był to jakiś strażnik, bynajmniej nie wyglądający na przyjaznego.
Istedd:
O kurwa! - błyskotliwie w myślach i prawie ustami swymi podsumował to Istedd. Szybko wymyślił jakąś wymówkę, pierwszą lepszą.
- Panie, kluczy zapomniałem! Dajcież mi wejść do domu! - zawołał do niego i przez ramię zerknął na minę strażnika. Nie... ów nie wyglądał na zadowolonego i przyjaznego. Kruk westchnął i powoli zszedł na dół. Czuł się bardzo oszukany przez los, a co za tym idzie - uczuł w sobie bardzo przykrą mieszankę uczuć. W tym zawodu, chęci zrobienia kupy i oddania moczu, a także krytą dobrze wściekłość na to, że strażnik znajdował się właśnie tutaj. Kiedy znalazł się na ziemi odwrócił się do owej postaci.
- Jam jest Erhard Drauling, szlachcic. Klucze żona przez przypadek wzięła ze sobą i wyjechała gdzieś, do swych koleżanek. Zlituj się pan, proszę. Jak ja teraz do domu wejdę? - mówił głosem wielce poszkodowanego i zasmuconego człowieka, któremu uniemożliwiono wejścia do własnego domu. Cóż... raczej nie wyglądał na szlachcica, acz miał nadzieję, że strażnik uda się przekonać. Próbował wymyślić jeszcze inne wywody, dzięki posiadanej zdolności perswazji... zresztą jak miało to niby działać?
Anette Du'Monteau:
-Pierwszy raz słyszę takie nazwisko. A na festynie muszą być wszyscy mieszkańcy, taki obyczaj. Zatem pańska żona nie mogła wyjechać. Inaczej mówiąc, wynoś się stąd przebierańcu!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej