Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha
Istedd:
A czemuż miałby omijać jakowąś wioskę? Zawsze była to odmiana od męczącej i nużącej obserwacji przyrody. Skierował swego konia ku niewielkiej osadzie. Może i tam przyjdzie mu pomóc mieszkańców, jak w tamtej leśnej wiosce, w której samotrzeć ubił kilka krwiopijców, a za co został nagrodzony żarciem? Zawsze warto dla takiej nagrody karku nadstawić, nieprawdaż? A cała tą przygodę przypomniał sobie dzięki żmudnemu procesowi pisania raportów. Dobrze, że miał to już wszystko za sobą. Widać miał nie tylko wenę, ale również boską wręcz inteligencję! A poza tym może drogę sobie tym skróci - znaczy przejazdem przez osadę? Jednakże nie spuszczał gardy. Wręcz przeciwnie. Stał się bardziej czujny, a i jedną rękę oparł o rękojeść miecza. Dodatkowo poprawił łuk na plecach. Niech nie myślą, że nie jest gotowy do ewentualnego starcia z bandytami, jakich pełno było wszędzie!
Anette Du'Monteau:
W wiosce nie było wielu mężczyzn, głownie kobiety i dzieciaki bawiące się na zewnątrz. Wszystko wyglądało dość spokojnie. Z tyłu niektórych domostw zauważyłeś niewielkie sady z jabłoniami. Sama tabliczka z nazwą miejsca wiele ci powiedziała. Napis głosił "Jabłonowo". Nie trudnym było się domyśleć z czego żyją tutejsi ludzie.
Istedd:
Spokój miejscowości osłabił czujność posiadacza majestatycznej brody. Nie wypadało być tak spiętym i wręcz zachęcać do burdy, prawda? Oddalił tedy dłoń od miecza. Chyba przeczucia go myliły. Nic niebezpiecznego się tutaj nie działo. Mieścina wydawała się nader spokojna i być może przyjazna. A może to ta nazwa, która dziwnie kojarzyła się zarówno Isteddowi, jak i narratorowi? Któż wie? Bo któż jest wyższy od narratora? Z łatwością i przebiegłością doszedł do wniosku, że mieszkańcy żyją tutaj dzięki wytwarzaniu jaboli, słowy innymi - niedobrego alkoholu powstałego z fermentacji jabłek, który raczej był trujący i niezdatny do spożycia. Albo po prostu żyli z sadownictwa i sprzedaży jabłek? Cóż... ta druga możliwość wydawała się chyba mniej prawdopodobna. Kruk jął zaczesywać swą brodę dwoma palcami i oddychać jeszcze bardziej świeżył powietrzem.
Anette Du'Monteau:
Nagle przywitał cię jedyny widoczny w okolicy mężczyzna.
-Hej mości brodaczu. Witam ja cię w tej skromnej wiosce. Przybywasz z gór, nie mylę się prawda? Facet miał oczywiście na myśli masyw Nagaz, gdzie miała swe miejsce górska siedziba Krwawych Kruków.
Istedd:
Nazwany brodaczem zwrócił się w mig do zuchwałego mężczyzny. Choć czy był on rzeczywiście zuchwały i chamski? Raczej nie, gdyż dostrzegł majestatyczny układ brody u Istedda, o który ten dbał wieloma godzinami, prawie codziennie. Wszak broda naprawdę była potrzebna w życiu i wymagała czułej opieki. Można było weń magazynować pokarm, a także wodę. Dodatkowo dodawała + 20 do szpanu. Zatrzymał swego wierzchowca.
- Witam. Wioska zaprawdę ładną nazwę posiada. Całkiem przyjemna mieścina. I owszem, przybywam z gór. Czy jakoś mogę ci pomóc, mości włodarzu? - zapytał mile. Chyba nie omylił się w sprawie, że przejazd przez tą osadę wywoła jakąś nową przygodę. To było oczywiste. A może wcale nie? Ciekawiło go, czego chce ów mężczyzna, toteż zatrzymał na chwilę swą podróż.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej