Tereny Valfden > Dział Wypraw

Biała rewolucja - Uśmiech od ucha do ucha

<< < (2/20) > >>

Anette Du'Monteau:
-Dobrze, zatem możesz ruszać. Kierunek to południowy-wschód. Jedź tamtejszym szlakiem a natkniesz się w końcu na miasteczko Złotoryje. To dość zamożne miejsce i dziś odbędzie się tam festyn trwający gdzieś 2 dni. Pojawi się na nim najznakomitszy mieszkaniec tego miejsca, a zarazem jeden z naszych nieprzychylnych przyjaciół. Jak się domyślasz to szlachcic. Festyn będzie idealną okazją do naszych działań. Rozumiesz Isteddzie?

Istedd:
- Ta. Rozumiem. Proste jak budowa cepa. Wykorzystać motłoch i ogólny zamęt do ubicia delikwenta. Nihil novi, że tak się wyrażę. Nie martw się. Jeno do kwatery wrócę po łuk i strzały. Wszak może się to przydać. Nie musisz się martwić. Z pewnością nasz nieprzychylny towarzysz nie będzie stanowił już problemu. - rzekł i wstał. Nie sądził, że jest jeszcze coś, co trzeba przedyskutować. Wiedział gdzie się kierować, co uczynić, w jaki sposób - tego akurat się domyślał, że raczej nie powinien wbiec na niego z obnażonym mieczem. Pozostawało tedy wyruszyć w drogę i zająć się owym problemem. Zapowiadało się całkiem ciekawie, ale i niebezpiecznie. Skierował się do drzwi. Ostawił nawet wpół wypity napój za sobą! Jakże więc był przejęty zadaniem!
- Bywaj tedy! - zawołał za sobą i skierował się do swojej kwatery. Kiedy wziął stamtąd łuk i strzały udał się w kierunku stajni. Stamtąd zabrał konia, dosiadł go zwinnie i skierował się na południowy-wschód. Do Złotoryi.

Anette Du'Monteau:
Z tego co ci powiedziano w stajni, miasteczko miało się znajdować niecałe pół dnia drogi od siedziby. Upewniłeś się tedy, czy wszystko z oporządzeniem konia gra i ruszyłeś. Rozpoczynała się Veris, więc pora była niemal idealna. Słońce już lekko grzało swoimi promieniami, a powietrze było odrobinę chłodniejsze co dawało niemal doskonałe warunki do jazdy. Już nie wspominając o zieleniącej się trawie i drzewach.

Istedd:
Długa i nużąca droga się rozpoczęła. O czym myślał w tej chwili? Cóż, jego myśli krążyły po prozaicznych tematach, takich jak "pić czy nie pić?", "dlaczego orkowie są brzydcy?", "czym jest metopa?". Ogólnie bardzo wiele poruszał problemów, na które nie znajdywał rzetelnej odpowiedzi, toteż postanowił skupić się na drodze. Jął rozglądać się po pięknie przyrody. Wzrok przenosił z bujnej i pachnącej trawy, poprzez rosłe drzewa, aż po gówno, które leżało w trawie. Pogłaskał swego wierzchowca po grzywie. Postanowił popędzić, ażeby wiatr hulał mu we włosach i ocierał się o jego posturę. Nader przyjemnym było to uczuciem! Tako-li uczynił i w mig znalazł się w galopie. Uśmiechał się przy tym szczerze i wilczo. Wiatr o mało nie zrzucił go z wierzchowca, acz miał to gdzieś. Liczyła się niepohamowana przyjemność z nabierania prędkości i połączeniu się z biegnących zwierzęciem. Po chwili jął zwalniać, aby zbytnio nie zmęczyć swego wierzchowca.

Anette Du'Monteau:
Niestety widoki kończyły się na polach i łąkach wokół. Dopiero po czasie na horyzoncie pojawiła się jakaś niewielka osada. Parę domków na krzyż, jakiś spichlerz oraz zagrody. Mogłeś ale przejechać przez wioskę, albo ominąć ją boczną drogą.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej