Tereny Valfden > Dział Wypraw
Ni żywego ducha: ÂŻalnik na Wyrębach
Rikka Malkain:
Wampir usiadł na jednym z nieprzewróconych krzeseł. Cała sprawa go mocno zaniepokoiła. -Gdzie do cholery jest cała wioska? Zamyślił się. Tylu ludzi nie może zniknąć od tak sobie i do tego zabierając wszystkie zwierzęta. Oni nie mogli sobie tak po prostu pójść. Może jakieś nieznane ludowe święto? Nie... To nie to. Po chwili Garik wpadł na najbardziej prawdopodobną odpowiedź- porwanie. Porzucone domy, jedzenie, rozbite kufle i przewrócone krzesła. Gdyby to był jeden dom, ta odpowiedź nasunęła by się wszystkim sama, myśl o tym, że ktoś porwał całą wioskę... Z resztą... Nie takie rzeczy się przecież zdarzały. -Tak sobie myślę...- powiedział w końcu. -To mogło być porwanie. Nie wiem, nie znam się na magi, ale to może być to. Silny mag mógłby chyba... zahipnotyzować grupę wieśniaków, albo zwyczajnie przeteleportować.- W miarę jak mówi wydawało mu się to coraz mniej prawdopodobne, jednak nic lepszego nie przychodziło mu do głowy, a coś przecież musiało się stać.
Gunses:
- Porwanie - wyrwało Gunses z zadumy. To było logiczne. Jeśli ktoś zagroził wszystkim bronią, przykładając ją do szyi kobiet, mężczyźni zrobiliby wszystko co by im rozkazano
- Całą wieś? Nie znam się na magii, nie podjąłem się Próby Ognia na Khorinis, ale nie wiem czy jakiś Czarodziej można zahipnotyzować całą wieś. Co innego teleportacja... Ale całą wieś? I zwierzęta? Prócz maga musiałoby być tu kilkudziesięciu zbrojnych, wszak nie widać tutaj oznak walki. Przewaga musiałby być porażająco duża... Nie mniej jednak, to jest prawdopodobne. Jak inaczej wyznaczyć zniknięcie całej wioski w tak krótkim czasie?
Koza123:
-Mówiłem, że tu jest coś nie tak. Ta kobieta... Co najlepszego uczyniliśmy? Nie bez powodu nazywali ją wiedźmą. Mogę się założyć, że to jej wina. Nie słuchaliśmy tych ludzi. A co, jeśli zginęli przez nas?- zapytał Konrad spoglądając na Gunsesa.
Axel Ontero:
Trzymałem się z tyłu, nic nie mówiłem. Nie chciałem oglądać tej wioski. Jest jakby wymarła, żadnej żywej duszy. Tylko opuszczone budynki, pustki na ulicach, poprzewracane niekiedy krzesła i inne rzeczy w domach. To raczej się tak samo z siebie zdarzyć nie mogło, to na pewno sprawa tej wiedźmy, a ja jej zaufałem. Wszedłem do opustoszałej karczmy, jakoś nigdy nie przyszło mi na myśl, że wejdę do karczmy w której będzie tak cicho. ÂŻadnych stukających kufli, żadnych gwarnych rozmów i krzyków. Podniosłem krzesło z podłogi i usiadłem na nim rozmyślając dalej nad tą całą sprawą.
Eric:
Diomedes wyszedł na zewnątrz karczmy. Stanął zaraz za drzwiami i z niepokojem spoglądał na wioskę, która zastygła w statycznym obrazie. Jak zatrzymany kadr. Wszystko prosperowało tak jak zwykle, ludzie krzątali się po swoich domach, dzieci bawiły się, kobiety gotowały strawę i nagle... Zniknęli. Po prostu. Ale wyraźne ślady ich działalności pozostały. Całe miejsce pogrążone było w pełnej napięcia, nadwyrężającej nerwy ciszy. Diomedes charakteryzował się silną psychiką, której byle dziwactwo zmóc nie mogło, ale ta sytuacja była nad wyraz niecodzienna. Chwilę jeszcze lustrował mrok przenikliwym wzrokiem, po czym odwrócił się i z powrotem wszedł do karczmy. Chwycił kufel, w którym ostało się najwięcej złocistej cieczy i nerwowo przytknął go do ust. Wypił piwo na raz, grdyka poruszała mu się rytmicznie zachęcona przez kolejne łyki. Odetchnął z zadowoleniem i odstawił kufel. Akurat tego teraz mu trzeba było, zimnego, smacznego trunku, który na chwilę odegnał dziwny, narastający niepokój i dał choć trochę swobody niezaszczutej myśli.
- Zniknęli - mruknął. - Nie da się tego inaczej wytłumaczyć. Ale jak? Może to nam coś się podziało w główkach? Grzebaliśmy przy trupie to i coś nam mogło z mózgiem porobić. Choćby jad trupi, niebezpieczne cholerstwo. Nie mało amatorskich ekspedycji do grobowców wyłożył. A na pewno łatwiej sprawić, by małej grupce egzorcystów od siedmiu boleści coś poprzestawiało się w głowach, aniżeli sprawić, by nagle wszyscy mieszkańcy wioski gdzieś przepadli bez znaku.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej