Tereny Valfden > Dział Wypraw
Biała rewolucja - Początki
Istedd:
Zdziwił się widząc po tak krótkim (jak mniemał) czasie podróży mury miasta. Koń widać niósł go dzielnie i wiernie. Zresztą sam jeździec poza jedną przerwą dla pęcherza nie zatrzymywał się wcale. Dzięki temu trafił tak szybko do swego celu. Raz jeszcze sprawdził mechanizm ukrytego ostrza i przypasanie miecza. Po skończeniu owych czynności wjechał do miasta witając strażników gestem dłoni. Ci chyba i tak mieli to głęboko gdzieś, zajęci rysowaniem na piasku męskich genitaliów. Rechtali przy tym dobrodusznie. Istedd wiedział juk nie zwracać na siebie uwagi - po prostu być grzecznym! Prostota tej logiki zabraniała mu więc wstąpić do karczmy (i tak wszak nie miał przy sobie pieniędzy). Skierował się więc ku zachodniej bramie miasta. Jechał powoli.
Anette Du'Monteau:
Strażnicy zdawali się nawet nie zwracać uwagi na Ciebie. Skoro wyglądał w miarę porządnie i nie zachowywał się jak oszołom to po co zatrzymywać? Jedynie ostatnia dwójka pilnującą bramy od strony wjazdowej, spojrzała nieco poważniej na Ciebie. Mimo to nie usłyszałeś ani słowa.
Istedd:
Z trudem powstrzymał się od przymusu pomachania ostatnim strażnikom. Nie wiedział skąd przyszedł ów przymus, ale wydawał się tworem nieszczęsnej radości ze świata, jaki go otaczał. Nie ukrywając - Istedd czuł się nader wspaniale i wesoło. Nie wiedział jednak czemu, a i z trudem powstrzymywał się od zbytniego okazywania tej radości. Spojrzał na dwójkę spode kaptura. Również z ust jego nie padło żadne słowo. Nie zatrzymał się ani nie zwolnił, ani nawet nie przyspieszył. Zastanawiał się jak rozpozna ową siedzibę. Zachodził w głowę nad tym problemem i nawet nie zwrócił uwagi na grupkę dzieci, która bawiła się gnojem rozniesionym na trakcie. A było co oglądać! Bynajmniej po to, by pośmiać się z rozkosznej i nieszkodliwej zabawy obrzucania się gównem.
Anette Du'Monteau:
Wedle słów Kruka, wioska miała być kilka kilometrów od zachodniej bramy, w linii prostej. Sposobem na odnalezienie siedziby nie należało się od razu martwić. Wszystko przychodzi z czasem.
Istedd:
Ten jednak martwił się, choć i to uczucie przeminęło, jak przemija silny wiatr, który porusza drzewami. Umysł jego objął teraz znowu podziwianie natury. Wyjechał z miasta chyba bezpiecznie, więc znowu jął podziwiać przyrodę. Miało to swoje zalety, gdyż właśnie dzięki temu czas szybciej mijał, a droga była daleka. Pogłaskał konia po grzywie i przemówił do niego czule. Znalazł sobie towarzysza do rozmów!
- Nie sądzisz, drogi wierzchowcu, że misję przydzielono nam ciekawą? Zaprawdę może być nie tylko ciekawie, ale i niebezpiecznie! Miecz znów przyjdzie mi w krwi wrogów zamaczać, ach, wielka to strata! Ale powiem Ci jedno, wspaniałym jesteś towarzyszem wyprawy! Szanuję bardzo konie, drogi koniu. - mówił jakoby pijany. Koń zaś swoim zwyczajem milczał i co najwyżej puszczał gazy. Istedd zapeszył się nieco i jął milczeć.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej