Tereny Valfden > Dział Wypraw

Kapitańska powinnność

<< < (6/9) > >>

Anette Du'Monteau:
-Wolałbym, gdyby ty i twój pan nie mieszali się do spraw straży. Chyba nie po to zgłaszaliście tą kradzież, aby teraz samemu to załatwiać? A jeśli przyszedłeś tylko na skargę to polecam opuścić to miejsce. W razie problemu sierżant Francis może panu wskazać drogę.

Istedd:
- Sprawa nasz dotyczy, mieszać się więc w nią będziemy. - mówił. W międzyczasie ułożył miecz równolegle do podłogi. Przytrzymał ostrze jedną dłonią, drugą, rzecz jasna, trzymał broń za rękojeść. Kaptur dalej skrywał oczy Istedda. Zmrużył je lekko. Ocenił odległość od sierżanta. Wyliczył kroki już wcześniej. Modlił się do bogów w tej chwili (a modlił się mało i nieskutecznie chyba) o powodzenie. Miał tylko jedną szansę. Liczył, że uda mu się trafić. I zabić Francisa. Wystarczyło jedno proste cięcie. W szyję. Z wystarczającą siłą, aby ubić tamtego na miejscu. Potem miał chwilę na pokonanie kapitana. A na końcu ucieczkę. To ostatnie wydawało mu się najtrudniejsze. W tej chwili jednak skupił się wyłącznie na celu. Wszystko stało się tak szybko. Kruk obrócił się na pięcie i jednocześnie wziął zamach z obrotu. Bez krzyku, spokojnie, z przerażającym opanowaniem wykonał długi łuk swym ostrzem. Szyja elfa pozostała jednak nie przecięta - zdołał uniknąć ciosu. W tej samej chwili dawny moczymorda zmełł przekleństwo i przerzucił broń, jednocześnie obracając jej rękojeść. Pochwycił ją lewą ręką i zadał krótkie cięcie z nadgarstka, które wymierzył w brew - głowę swego nieprzyjaciela. Liczył, że trafi. Nie zdążył spojrzeć jednak na kapitana. Pochłonęła go sekwencja zadanego ciosu.

Anette Du'Monteau:
Końcówka klingi śmignęła raniąc lekko twarz sierżanta. Ten cofnął się do ściany trzymając się jedną ręką za głowę, a drugą sięgając po miecz u boku. Kapitan już wyciągnął swój miecz. Płynnym ruchem pchnął z całej siły w okolice twojego brzucha.

Istedd:
To i tak był wielki sukces! Jego wywód trafił oponenta. Jednakże nie spoczął na laurach. Nie miał zbytnio czasu. Teraz przyszedł czas na wyuczone techniki akrobacji, a ściślej mówiąc - uników. Nie widział jak kapitan atakuje. Ale dokończył sekwencję. Przewidywał, że ten zaatakuje. Nie był pewny, że tamten uderzy pchnięciem. To wydawało się najskuteczniejsze... poza tym ów "jastrząb" mógłby uważać za zbyt godną śmierć od prostego cięcia. Trzeba było kombinować ze śmiercionośnym pchnięciem. Istedd ponownie zakręcił się na pięcie. Wykonał piruet w prawo. Miał nadzieję, że pchnięcie przejdzie obok i być może trafi Francisa. Sam również kontynuował natarcie. Powtórzył ten sam cios - celując w brew. Tym razem jednak oburącz trzymał miecz. Uderzył z siłą. Miał nadzieję, że to wystarczy by przełamać gardę tamtego, który jedną dłonią trzymał tylko miecz, drugą zaś trzymał się za ranę. Wiedział, jak z rany szybko siły potrafią odpływać, toteż z jednej strony czas działał na jego korzyść - z drugiej zawsze mogli zwołać posiłki. Tego się obawiał. Po powtórnym cięciu oburącz zadał cięcie z całej siły ramion - cały czas wirując w piruecie. Celował na oślep, aby kapitan nie mógł się zbliżyć. Musiał zwiększyć dystans!

Anette Du'Monteau:
Jakimś cudem udało ci się uniknąć pchnięcia kapitana. Natomiast sierżant został dotkliwie zraniony w rękę. Kapitan niemal odruchowo odbił wyprowadzony przez ciebie cios. Siła ciosu przeszła nieco po jego mieczu, aż do ramienia powodując chwilowe odrętwienie.
Zdenerwowany i zraniony sierżant Francis obracając się na lewej nodze wyprowadził proste cięcie. Uderzenie było wymierzone ukośnie z zamiarem rozcięcia klatki piersiowej.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej