Tereny Valfden > Dział Wypraw

Kapitańska powinnność

<< < (5/9) > >>

Istedd:
- Poważniejszą powiadasz? A cóż kryje się pod tym mianem? Skoro obowiązkiem straży jest zapewniać ochronę, a tej nie doświadczyłem, czymże jest ważniejsza sprawa? - zapytał nieco kpiącym głosem i zbliżył się nieco do kapitana. Ton jego głosu nie zdradzał niczego, ale Istedd analizował w myśli całą sytuację. Wiedział, że nie może pozwolić tamtemu na wezwanie posiłków, dlatego zwlekał z atakiem. Nieco się tym denerwował.

Anette Du'Monteau:
-Nie powinno cię to interesować obywatelu. Cywile nie muszą znać szczegółów. Prawda sierżancie Francis? Dopiero teraz zauważyłeś, że za drzwiami stał kolejny strażnik. Ten o dziwo był elfem. Widać było, że nosił na sobie uzbrojenie podobne do kapitana.

Istedd:
Istedd ucieszył się w duchu, że dał sobie czas na wybadanie kapitana. Nie zauważyłby bez tego kolejnej osoby w pokoju, której obecności nawet nie wyczuwał. Odetchnął z ulgą, choć po chwili zmienił zdanie. Zadanie było teraz trudniejsze. Musiałby walczyć z dwoma oponentami naraz. I do tego jednego miał za plecami. Zbyt było to ryzykowne. Wstrzymał więc dłoń mimowolnie kierującą się do ostrza. Postąpił kolejny krok bliżej kapitana i rozejrzał się za jakimś siedzeniem.
- Pochodzę z daleka i zostałem okradziony! Ja i mój pan! Baron Alard! Szczegóły chędożę, chcemy znaleźć sprawców i wypatroszyć ich za kradzież naszych dóbr. Nie godzi się ostawiać takich mend przy życiu. Od tego wszak straż, żeby takich łapać, prawda?

Anette Du'Monteau:
-Tak. Zapewniam Ciebie i twojego pana, że poinformujemy resztę posterunków i nikt nie wyjedzie stąd z waszymi rzeczami. Macie na to moje słowo. Kapitan bez przerwy zachowywał śmiertelną powagę

Istedd:
Tak samo zachowywał się Istedd. Zachowywał śmiertelną powagę. Musiał przecież grać. Liczył, że szczęście mu dopisze i bogowie spowodują, że towarzysz kapitana wyjdzie, na przykład aby załatwić potrzebę fizjologiczną. Albo mógłby zaatakować teraz, kiedy nie spodziewają się tego. Choć i to nie było pewne. Wpadł więc na ostatni pomysł.
- Mam nadzieję tedy. Ja i mój pan ostniemy tutaj do czasu złapania rabusiów. Mam nadzieję, że nie spartaczycie tego i odzyskamy naszą własność. - to rzekłszy wyciągnął miecz. Powoli, dostojnie, bez świstu. Dawał im szansę na atak. Robił to świadomie.
- Na ten miecz ślubuję, że rabusiów tych dopadnę z waszą czy bez waszej pomocy! - powiedział bardzo uroczyście.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej