Tereny Valfden > Dział Wypraw
Kurier
Gordian Morii:
-Wolałem się upewnić. Jak zapewne słyszałeś przezorny zawsze ubezpieczony. - odparłem na słowa krasnoluda, który wydawał się być nieco obrażony na moje słowa. A przecież w żadnym wypadku nie chciałem by coś one sugerowały. Ba! Nawet o tym nie pomyślałem.
Wszedłem do karczmy i niezbyt uważnie lustrując jej wnętrze uznałem, że jest to klasyczny lokal, o klasycznej wielkości, klasycznym repertuarze trunków i dań, klasycznej klienteli i klasycznym tęgim barmanem z długimi czarnymi jak smoła wąsami i świecącą się od potu łysiną.
Zasiadając na jednym z wolnych miejsc wypiłem podany alkohol i przegryzając co jakiś czas chleb z jakimś tam mięsem przysłuchiwałem się opowieścią Yarpena, który był prawdziwą skarbnicą historii tych prawdziwych jak i tych zasłyszanych od znajomego, znajomego, które można było włożyć między bajki.
Hagmar:
Nazajutrz ruszyliście dalej i dojechaliście do Atusel, tam po krótkim postoju ruszyliście dalej.
Gordian Morii:
I znów w karecie. Mimo, że początkowo pomysł podróżowania w wygodnym powozie był dla mnie niezwykle interesujący i atrakcyjny, to teraz wiele oddałbym za możliwość wbijania gwoździ w deskę. Nuda, straszna, ciągnąca się niczym surowe ciasto nuda. Te same "urokliwe" wioski, te same "piękne" widoki i ciągłe stuk, puk, gdy koło podskoczyło na wyboju. Nie wiedziałem co z sobą zrobić, bo ani książka, ani sen, ani tępe patrzenie w nieboskłon nie przynosiły choć odrobiny ulgi.
Na podłodze powozu walało się kilka pomiętych arkuszy, które miały stać się listami, a połamane pióro wystawało smutno z kieszeni kubraka.
-Bogowie ziemscy i niebiescy dajcie cierpliwości... - westchnąłem mocno podminowany.
Hagmar:
Wiele dni później dotarliście w końcu do Fortu Teller, dracoński chram zamieniono w między wymiarową strażnicę. Yarpen doprowadził Cię aż pod portal oznajmiając że idzie z Tobą.
Gordian Morii:
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po wyjściu z karocy nie było wbrew logice zabranie pakunku. O nie. Prawie wskakując w błoto, obok kałuży którego zatrzymał się woźnica pobiegłem do strumienia, który nieopodal wesoło szemrał przynosząc ukojenie dla umęczonych ciężką pracą i tych rozstrojonych nerwowo. A do właśnie tego rodzaju ludzi należałem.
Będąc na skraju niewielkiego brzegu zdjąłem trzewiki i odkłada... odrzucając je precz wskoczyłem do wody, a było jej sporo bo sięgała prawie kolan, po czym zanurzyłem w niej głowę przytrzymując ją pod powierzchnią przez kilkanaście sekund. Zimny dreszcz przeszywający ciało natychmiast otrzeźwił umysł przytłamszony trudami podróży. Wynurzając się zatrząsłem "grzywą" kruczoczarnych włosów otrzepując je z resztek wody i przeciągnąłem po nich mokrymi rękoma. Cienka stróżka wleciała za koszulę, a ciało odruchowo zadrżało.
- No! Teraz można żyć. - szepnąłem pod nosem wychodząc na brzeg. Zabierając buty otarłem stopy w młodą trawę i ruszyłem w kierunku pozostawionych kompanów.
- Wybaczcie musiałem trochę się odświeżyć. - wyjaśniłem nim ktokolwiek zdążył zapytać o powód mojej szybkiej ucieczki. Równie błyskawicznie zniknąłem we wnętrzu powozu by zabrać z niego paczkę.
- Możemy ruszać. - powiedziałem ponownie wyłaniając się z karety, a tylko mokre włosy zdradzały fakt, że opuszczałem ją wcześniej.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej