Podczas gdy drużyna ratunkowa przemykała kanałami, a armia Cesarstwa szturmowała mury, Zeleris leżał pośród połamanych desek i dachówek, w kupie jakiś szmat. Uderzenie w dach pozbawiło go przytomności, więc w tej chwili ograniczył się właśnie do leżenia. Jednak po kilku minutach zaczął odzyskiwać zmysły. Najpierw poczuł ból. Dotkliwy i ostry, przebijający się poprzez mącącą umysł, ciężką zasłonę stanu pozbawienia świadomości. Z początku wydawał się dobiegać z całego ciała i bez wątpienia stamtąd właśnie pochodził. Lecz po chwili zaczął się umiejscawiać. W lewym skrzydle. Konkretniej w jednej z jego kości. Musiała zostać złamana podczas upadku, co w sumie nie było dziwne. Kolejnym co poczuł Flamel był smród szmat, w które wpadł. Budzący się Dracon wolał nawet nie wnikać, co mogło go powodować. W końcu zaczął słyszeć dźwięki. Jakieś krzyki, odległe odgłosy bitwy... i niepewne kroki. Wtedy poczuł szturchnięcie czegoś ostrego na piersi.
- Widzisz? Mówiłem ci, że wpadł tu jakiś... - mag usłyszał czyjś głos. - Taki jak tamten, ale w sukience. Hehe. - ponownie przemówił głos. Dracon otworzył oczy i na tle ulicznego światła dobiegającego z otwartych drzwi dostrzegł dwie postacie. Mieli miecze, coś co wisiało na plecach musiało być łukami. Byli to niewątpliwie imperialni legioniści.
- Patrz, budzi się! - przemówił drugi człowiek i podniósł miecz. Jego towarzysz milcząc również wzniósł ostrze. Obaj zrobili to trochę niepewnie, najwyraźniej nie do końca wiedzieli co zrobić.
- Wstawaj! Pójdziesz z nami! - warknął imperialny, stojący po prawej od Dracona. Zeleris błyskawicznie przeanalizował sytuację. Oczywiście zrozumiał, że nie może dać im się pojmać, ale też wiedział, że w chwili obecnej mógłby mieć problem z pokonaniem dwójki wyszkolonych legionistów i z ucieczką. Spróbował więc posłusznie wstać, lecz zachwiał się, więc człowiek, który wydał mu rozkazał złapał go za ramie i pociągnął mocno. Flamel był mu wdzięczny. Oczywiście nie na tyle, by nie planować jego śmierci.
- Ha, to może ten co wysadził wieżę! Dorwaliśmy drania! Po bitwie z pewnością nam to wynagrodzą! - cieszył się jeden z legionistów. Flamel nie zwrócił nawet uwagi, który. Dwaj wojownicy wyprowadzili go z budynku. Jeden szedł przed nim, drugi z tyłu. Obaj mieli wyciągnięte miecze, gotowe do ataku. Przezornie rozbroili maga ze sztyletu i kostura. Wyszli na uliczkę, prowadząc go gdzieś, zapewne do garnizonu. Dracon już zupełnie oprzytomniał, mimo bólu skrzydła. Jednak udawał zamroczonego upadkiem. Chciał oszukać przeciwników. Przez ten czas pobierał moc i przygotowywał się do rzucenia zaklęcia. Przeszli jeszcze kilka kroków, po czym wyszeptał cicho inkantację, modląc się w duchu, aby żaden z nich nie usłyszał jego szeptu, ani aby nie poczuli przedwcześnie działania magii.
- Elishhu... - jedno słowo, brzmiące niemal jak podmuch wiatru. Mag uwolnił moc, która zaczęła wirować wokół niego, przybierając formę podmuchu wiatru. W pierwszych chwilach był niedostrzegalny, lecz przybierał na sile. Zwyczajnie, szeregowi legioniści, nie mogli znać jego prawdziwego źródła. Nie minęło więcej niż kilkanaście sekund, a zorientowali się, że coś jest nie tak.
- Cholera, jak wieje... - mruknął ten za Draconem. Dwa uderzenie serca po jego słowach wiatr przybrał formę pełnowymiarowej trąby powietrznej. Otaczał maga i unieruchamiał zaskoczonych i przerażonych legionistów. Mag parsknął śmiechem. Przestając udawać otumanionego odwrócił się do żołnierza stojącego za nim i wymierzył szybkie uderzenie szponami w jego szyję. Ostre pazury rozerwały jego tętnice szyjną, z której chlusnęła krew. Towarzysz umierającego legionisty wrzasnął przeraźliwie, lecz zaklęcia Zelerisa nie pozwalało mu na ruch. Flamel wyciągnął zza pasa zabitego legionisty swój sztylet i odwracając się, wbił go pod brodę temu jeszcze żyjącemu. Legionista zarzęził, dławiąc się własną krwią, zaś mag wyciągnął. Rozproszył zaklęcie, ciała osunęły się na bruk ulicy. Arcymag wytarł ostrze sztyletu o włosy jednego z zabitych i schował go do skórzanej pochwy. Następnie odebrał swój kostur. Lecz to był dopiero początek. Był sam, ze złamanym skrzydłem, na terenie wroga. Oddzielony od grupy ratunkowej i armii Cesarstwa. Innymi słowy musiał jakoś się stąd wydostać, albo miałby poważny problem.