Wiatr czasami nosi słowa. Nie żeby Diomedes był schizofrenikiem, ale taka myśl gościła przez chwilę w jego umyśle. Choć gościła, to nieco zbyt łagodne określenie. Lepiej pasowałoby: "wpadła jak do własnej stajni, po czym uwaliła się na sianko i pogwizdując cicho wyjść zamiaru nie miała". Dopiero po tym, jak dracon z elfką uciekli, Nivellen zaczął analizować słowa swego mistrza. W końcu miał zamiar uczyć się w szkole Lindangolu, magii wiatru. Tego wiatru, który właśnie gładził jego policzki, tego samego, który wprawiał statek w ruch i uderzał w żagle. Tego, który go otaczał. To zabawne, ale dopiero teraz Diomedes zauważył, jak czasami wielką rolę odgrywa on we wszechświecie. Szczerze mówiąc, chciał poczuć więź z tym żywiołem. W końcu miał być magiem wiatru, prawda? Zżycie z przedmiotem własnej dziedziny wydawało się czymś bardzo na miejscu, czymś co należy kultywować. Dlatego też Diomedes z błogim uśmiechem zamknął oczy i zaczął się skupiać na wietrze. Na każdym podmuchu, który go owiewał, przeczesywał włosy i wprawiał brodę i szatę w ruch. Wiatrem, który przyjemnie schładzał jego ciało. Koncentrował się na każdym dźwięku, który wywoływał: łopotaniu żagli, szumie fal... Wsłuchiwał się w symfonię morskiego tła, wspaniałą, kojącą muzykę dla uszu pragnącego relaksu i uważnego słuchacza. Wówczas przypomniał sobie również, że muzyka powstaje dzięki drganiom powietrza. Za tą myślą pobiegły następne, między innymi wspomnienie z jego rodzimego miasteczka, do którego przed laty przyjechał bard. Diomedes był wtedy jeszcze młodzieńcem, nastolatkiem. Pamiętał, jak z rozwartą paszczą przyglądał się grającemu na lutni skaldowi. Zręcznie ułożone palce naciskały na struny na górnej części lutni (którą nieobeznany Diomedes zwykł potem nazywać szyjką), a druga dłoń rytmicznie wprawiała struny w drganie. Kolejne czyste i piękne dźwięki mogły zaistnieć tylko dzięki istnieniu powietrza. Powoli uśmiech Diomedesa zaczynał się coraz bardziej rozszerzać. Gdyby go tak ktoś zobaczył, pewnikiem od razu pomyślałby, że pod osłoną powiek nowicjusz sobie słodko świntuszy. Zdecydowana mniejszość zauważyłaby jego delikatną duszę, ukrytą pod twardą skorupą i często wymuszoną, aktorsko wyćwiczoną postawą. Nivellena nie zajmował jednak fakt, że ktoś w ogóle mógłby na niego w tej chwili patrzeć. Był tak pogrążony we własnych przemyśleniach, że zupełnie odciął się od reszty świata, zamieszkał w tej małej części, która była jego umysłem. I wtedy zaczął nucić piosenkę, którą kochał. Ze słodkiego zamyślenia wyrwał go dopiero znajomy głos. Wydawał się tak odległy, ale mimo to dotarł do uszu Diomedesa. Wybudził się ze swojego miłego transu i nieco oszołomionym wzrokiem omiótł swoje najbliższe otoczenie. Tuż obok niego stał Darlenit.
- Tak... - odpowiedział na pytanie, które mgliście sobie przypominał. Nie była to zbyt konstruktywna odpowiedź, ale jej marzycielski ton dopowiedział całą subtelną i delikatną resztę.