Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tańce z liszami - Na ratunek Aragornowi
Adaś:
Widząc pracę dwóch łowców nad zamkiem podziwiałem ich sam byłem nauczony podstaw otwierania takowych zamków ale nie byłbym pewny czy by mi to tak szybko i zwinnie poszło. Szedłem dalej spokojnie aż doszliśmy do lochów kątem oka ujrzałem co zrobił pewien z więźniów i czym mu się odwdzięczyła zamaskowana postać w imieniu biednej przestraszonej elfki. Gdy nagle Ra kazał się pochować cofnąłem się parę kroków i wyciągnąwszy na wszelki wypadek sztylet z buta schowałem się we wnęce starego muru. I przy prałem do ściany trzymając sztylet wzdłuż przedramienia.
Nessa:
Coś nagle chwyciło Nudę. Gdyby elfka miała chwilę na rozważania, to mogłaby nawet dojść do wniosku, że jest z siebie dumna. Nie krzyknęła! Ale, co może was zadziwić, owej chwili nie miała, gdyż jakieś chude, choć wyjątkowo silne łapska przyciągnęły ją. Nie była jeszcze przyzwyczajona do takich ciemności, więc dopiero dźwięk mlaskania uświadomił jej, co się dzieje. Zaczęła się szarpać, jednak to nic nie dawało. Głód jest świetną motywacją. Dopiero pomoc jednego z zamaskowanych mężczyzn, najprawdopodobniej Ra, uwolniła dziewuszkę z iście kuszących objęć wygłodniałego więźnia.
Kolana i usta momentalnie zaczęły elfce drżeć. Starała się panować nad swym rozszalałym oddechem. Podobnie jak mężczyźni przylgnęła do ściany, która wydawała się być najodpowiedniejsza, czyli lekko zasłonięta przez inną i z wystającymi "budulcami". Pojęcia nie miała czy to coś da, gdyż nigdy wcześniej nie musiała chować się w jakiś ciemnych tunelach.
Dragosani:
Podczas gdy drużyna ratunkowa przemykała kanałami, a armia Cesarstwa szturmowała mury, Zeleris leżał pośród połamanych desek i dachówek, w kupie jakiś szmat. Uderzenie w dach pozbawiło go przytomności, więc w tej chwili ograniczył się właśnie do leżenia. Jednak po kilku minutach zaczął odzyskiwać zmysły. Najpierw poczuł ból. Dotkliwy i ostry, przebijający się poprzez mącącą umysł, ciężką zasłonę stanu pozbawienia świadomości. Z początku wydawał się dobiegać z całego ciała i bez wątpienia stamtąd właśnie pochodził. Lecz po chwili zaczął się umiejscawiać. W lewym skrzydle. Konkretniej w jednej z jego kości. Musiała zostać złamana podczas upadku, co w sumie nie było dziwne. Kolejnym co poczuł Flamel był smród szmat, w które wpadł. Budzący się Dracon wolał nawet nie wnikać, co mogło go powodować. W końcu zaczął słyszeć dźwięki. Jakieś krzyki, odległe odgłosy bitwy... i niepewne kroki. Wtedy poczuł szturchnięcie czegoś ostrego na piersi.
- Widzisz? Mówiłem ci, że wpadł tu jakiś... - mag usłyszał czyjś głos. - Taki jak tamten, ale w sukience. Hehe. - ponownie przemówił głos. Dracon otworzył oczy i na tle ulicznego światła dobiegającego z otwartych drzwi dostrzegł dwie postacie. Mieli miecze, coś co wisiało na plecach musiało być łukami. Byli to niewątpliwie imperialni legioniści.
- Patrz, budzi się! - przemówił drugi człowiek i podniósł miecz. Jego towarzysz milcząc również wzniósł ostrze. Obaj zrobili to trochę niepewnie, najwyraźniej nie do końca wiedzieli co zrobić.
- Wstawaj! Pójdziesz z nami! - warknął imperialny, stojący po prawej od Dracona. Zeleris błyskawicznie przeanalizował sytuację. Oczywiście zrozumiał, że nie może dać im się pojmać, ale też wiedział, że w chwili obecnej mógłby mieć problem z pokonaniem dwójki wyszkolonych legionistów i z ucieczką. Spróbował więc posłusznie wstać, lecz zachwiał się, więc człowiek, który wydał mu rozkazał złapał go za ramie i pociągnął mocno. Flamel był mu wdzięczny. Oczywiście nie na tyle, by nie planować jego śmierci.
- Ha, to może ten co wysadził wieżę! Dorwaliśmy drania! Po bitwie z pewnością nam to wynagrodzą! - cieszył się jeden z legionistów. Flamel nie zwrócił nawet uwagi, który. Dwaj wojownicy wyprowadzili go z budynku. Jeden szedł przed nim, drugi z tyłu. Obaj mieli wyciągnięte miecze, gotowe do ataku. Przezornie rozbroili maga ze sztyletu i kostura. Wyszli na uliczkę, prowadząc go gdzieś, zapewne do garnizonu. Dracon już zupełnie oprzytomniał, mimo bólu skrzydła. Jednak udawał zamroczonego upadkiem. Chciał oszukać przeciwników. Przez ten czas pobierał moc i przygotowywał się do rzucenia zaklęcia. Przeszli jeszcze kilka kroków, po czym wyszeptał cicho inkantację, modląc się w duchu, aby żaden z nich nie usłyszał jego szeptu, ani aby nie poczuli przedwcześnie działania magii.
- Elishhu... - jedno słowo, brzmiące niemal jak podmuch wiatru. Mag uwolnił moc, która zaczęła wirować wokół niego, przybierając formę podmuchu wiatru. W pierwszych chwilach był niedostrzegalny, lecz przybierał na sile. Zwyczajnie, szeregowi legioniści, nie mogli znać jego prawdziwego źródła. Nie minęło więcej niż kilkanaście sekund, a zorientowali się, że coś jest nie tak.
- Cholera, jak wieje... - mruknął ten za Draconem. Dwa uderzenie serca po jego słowach wiatr przybrał formę pełnowymiarowej trąby powietrznej. Otaczał maga i unieruchamiał zaskoczonych i przerażonych legionistów. Mag parsknął śmiechem. Przestając udawać otumanionego odwrócił się do żołnierza stojącego za nim i wymierzył szybkie uderzenie szponami w jego szyję. Ostre pazury rozerwały jego tętnice szyjną, z której chlusnęła krew. Towarzysz umierającego legionisty wrzasnął przeraźliwie, lecz zaklęcia Zelerisa nie pozwalało mu na ruch. Flamel wyciągnął zza pasa zabitego legionisty swój sztylet i odwracając się, wbił go pod brodę temu jeszcze żyjącemu. Legionista zarzęził, dławiąc się własną krwią, zaś mag wyciągnął. Rozproszył zaklęcie, ciała osunęły się na bruk ulicy. Arcymag wytarł ostrze sztyletu o włosy jednego z zabitych i schował go do skórzanej pochwy. Następnie odebrał swój kostur. Lecz to był dopiero początek. Był sam, ze złamanym skrzydłem, na terenie wroga. Oddzielony od grupy ratunkowej i armii Cesarstwa. Innymi słowy musiał jakoś się stąd wydostać, albo miałby poważny problem.
Gunses:
Straż wkroczyła do pomieszczenia. Pochodnie rozświetliły pomieszczenie, rzuciły cienie przez kraty na więźniów którzy zasłaniali rękoma oczy od blasku światła. Straż przeszłą obok niewidzialnego Ra, nie zauważyli zakamuflowanych Zeyfara i Anvarunisa oraz ukrytego Dioma. Również Nikolai i Ocian nie zostali wykryci. Zatrzymali się jednak przy Nudzie. ÂŚwiatło nie poruszało się. Nagle ciszę przerwał głos
- A co my tu mamy? - spytali, światło zmieniło położenie. Nuda z ulgą odetchnęła kiedy okrył ją cień. Straż patrzyła w inne miejsce.
- Pobili się? ÂŻe też oni mają jeszcze siłę... No nic, obejdźmy jeszcze tamte korytarze i skoczymy na wódkę - po czym straż wyszła. Gunses wyszedł ścienia stając się widzialny, zrobił to w odpowiednim momencie, tak aby nikt tego nie dostrzegł. Stanął po środku
- Czas na nas...
Eric:
- Uff - odetchnął i błyskawicznie wystrzelił z szaty zwiniętej w kłębek. Stanął obok Ra i wyjrzał zza ściany, za oddalającymi się pochodniami. Widać było, że strażnicy zupełnie stracili zainteresowanie wcześniejszym hałasem.
- Ruszajmy - powiedział, dopełniając wypowiedź zamaskowanego jegomościa.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej