Tereny Valfden > Dział Wypraw

Tańce z liszami - Na ratunek Aragornowi

<< < (71/118) > >>

Elrond Ñoldor:
- Rozumiem wyprawę w dziesięć osób. Ale sześć tysięcy? Nie sądziłem że idę na prawdziwą wojnę... - powiedział Nosfer siedząc na karym ogierze, którego dla odmiany nazwał "Baśka". No dobrze, żadnej odmiany nie było. On wszystko co jeździ albo sunie nazywał "Baśką". Sam zastanawiał się czemu. Walka ze smokiem wydawała mu się niespełnionym marzeniem. Słyszał że krasnoludy lubują się w pieczonym ogonie tego przerośniętego gada, więc pomiędzy jego ostrzem, a szczelinom pomiędzy łuskami znajduje się około pięciuset tysięcy ton krasnoludzkiego głodnego cielska. Więc nawet jakby na takowego trafili, a przynajmniej tak sugerowali jego nowi kompani od butelki, to musiałby się stać cud, by gad grzecznie wylądował przed Nieśmiertelnym.
- Ra, a ze smokami będziemy walczyć?

Izabell Ravlet:
Wreszcie coś się dzieje - pomyślałem. Tym razem mój umysł był zajęty rozmyślaniem o osobnikach w maskach i o zaufaniu do nich. W sumie, przypominali mi kogoś, ale nie byłem w stanie przypomnieć sobie kogo. Jednocześnie stosunki między nimi a Diomedesem się pogarszały. Ja sam, może nie ufałem im bez granic, ale nie byłem aż tak nieufny.
 Wsiadłem na jednego z koni i zbliżyłem się do mistrza i nowicjusza, nic nie mówiąc

Gunses:
- Smoki to niebezpieczne bestie, a póki są w powietrzu są cholernie niebezpieczne. Problem w tym, że są wielkie i miecz czy topór to dla nich niczym drzazga pod paznokciem. Ciężko będzie z nimi walczyć, ale jak mówi starokrasnoludzkie przysłowie "najlepszą obroną jest atak". Trzeba się więc będzie ostro za te gady wziąć. Jednakże, nie jest to nasza specjalność.

Adaś:
Jechałem w ciszy próbując coś wypatrzyć w tych ciemnościach. Ale ponieważ nic nie mogłem zauważyć przestałem się rozglądać. W końcu po co jak nic nie widzę? Spuszczając rękę wyczułem butelkę którą wziąłem z pokładu. Wyciągnąłem ją z kieszeni płaszcza przyjrzałem się jej w świetle księżyca. Nie wiele w niej zostało. Pomyślałem sobie: Po co będzie się marnować?. Po czym otworzyłem ją wypiłem resztkę wina i cisnąłem  butelkę w najbliższe krzaki. Gdy to zrobiłem ponagliłem konia by wyrównał do Zeyfara. Wyrównując z Zeyfarem spytałem spokojnym zdecydowanym głosem:
-Powiedz mi znasz dokładną lokalizację stolicy imperium? Bo ciekawi mnie ile drogi nam pozostało.

Anette Du'Monteau:
-Niewiele. Brzeg, na którym wylądowaliśmy jest dość blisko miasta. Bardziej mnie zastanawia co zrobić jak się dostaniemy do miasta. Oddziały Oma na pewno nie będą wyłącznie walczyć poza murami. Do tego dochodzi sprawa samego lisza, w życiu nie miałem do czynienia z podobną istotą. Słyszałem jedynie o ich filakteriach, gdzie trzymają duszę i póki ono nie zostanie zniszczone, lisz będzie w stanie się zregenerować. Cała ogromna kompania była już w pobliżu. Daleko na tle ciemniejącego nieba dało się zauważyć ognie na murach stolicy. Ten widok tylko jeszcze bardziej utwierdził zdanie zasłyszane od zwiadowców, na temat ogromu miasta.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej