Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jesienny spacer
Izabell Ravlet:
Spacerowałem między stoiskami. Widziałem już mnóstwo broni, jednak żadna nie przypadła mi do gustu. Ale szukałem dalej, zresztą miałem czas. Tak chodząc w tę i wewtę dostrzegłem znajomą osobę.
Witaj, Zeyfarze! - rzekłem podchodząc bliżej. Kogo jak kogo, ale kuzyna się tutaj nie spodziewałem. Wtedy zauważyłem jego towarzysza. Po stroju poznałem, że to członek Bractwa ÂŚwitu. Przemówiłem więc ponownie:
Witaj i ty, zakonniku. Zwą mnie Darlenit Navarre. Jestem adeptem Gildii Magów i kuzynem Zeyfara. Piękna jesień, nieprawdaż? - doszliśmy do stoiska elfki, nim zakonnik zdążył odpowiedzieć...
Anette Du'Monteau:
-Witaj krewniaku, nie siedzisz przy książkach? Rzadko się widuje magów wybierających coś z pomiędzy zwykłej białej broni. - odrzekłem. Potem odwróciłem się do elfki i spojrzałem na jej rzemiosło.
-Witam panią, zwą mnie Zeyfar. Chciałbym obejrzeć kilka łuków. Interesuje mnie dość potężna broń, o długim zasięgu i i precyzji strzału podobnej do sokoła spadającego na bezbronnego królika. Znajdzie się coś takiego w twoim straganie łowczyni?
Izabell Ravlet:
Oj kuzynie, nie każdy mag siedzi cały czas z nosem w księgach. A co do broni białej - miecz wiszący przy moim boku to moja pierwsza własność tu, na Valfden. Jednak jest już mniej efektywny niż kiedyś, chcę zaiwestować w coś srebrnego. A magia, chociaż jest potężnym narzędziem, ma niewygodne granice. Przede wszystki ograniczona energia. Słyszałem o porwaniu Aragorna - jak się sprawy mają?
Anette Du'Monteau:
-Opowiem ci w skrócie. - odrzekłem. -Na początku wylądowaliśmy na plaży, ja z kilkoma osobami zostałem teleportowany za linię wroga żeby trochę namieszać. Po dobrych kilku godzinach walka ustała. Wygraliśmy choć poległo koło dziesięć tysięcy naszych żołnierzy. Wtedy Aragorn złapał tez chrapkę żeby sobie upolować smoka i powiesić łeb gada w salonie. Cóż znaleźliśmy bestię i zdjęliśmy jej ten ciężar z głowy. - opowiadałem pozbawiając historię szczegółów.
-Jak to po zabiciu smoka wszyscy zaczęli balować. Aragorn się upił, Zeleris tańczył z Nudą, a Anvarunis z Patty. Ja natomiast rozmawiałem z tym tu Ellthariasem. Kiedy następnego dnia zastał nas świt, prócz czerwonej łuny słońca przywitała nas spora grupa upiornych rycerzy w płytowych zbrojach. Było ich chyba koło trzydziestu. Liczby wydawały się spore, lecz to co innego brać w tym udział. Tak dobrze wyryty w mojej pamięci obraz tych bitew pozwolił mi przedstawić niejako je Darlenitowi. Wspominając parę ważniejszych elementów wykorzystanych podczas potyczki przeszedłem do sedna.
-Więc, gdy wykańczaliśmy pozostałych demonicznych wojowników, zjawił się lisz. Złapał Aragorna i teleportował się. Za chwilę jeden z cesarskich smoków, które nam pomagały powiedział, że Aragorn pewnie został zabrany do stolicu Imperium, a liszem, który go porwał bym sam imperator Om. Na samą myśl o tym paskudnym typie przypomniałem sobie jak używając zwykłej psioniki rzucił nami w tył na kilka metrów. Odruchowo złapałem się za plecy i pomasowałem nieco bolący bok.
Izabell Ravlet:
Skomplikowana sprawa, ale możesz na mnie liczyć - odrzekłem. I choć ukrywałem to na zewnątrz, to w środku śmiałem się z tańca Zelerisa. Chociaż tego nie widziałem, to zdawałem sobie sprawę, że musiało to być niezwykłe. Skończyłem jednak rozmyślać i przyjrzałem się zakonnikowi - łudząco mi kogoś przypominał, tylko kogo?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej