Tereny Valfden > Dział Wypraw
Jesienny spacer
Anette Du'Monteau:
Po załatwieniu pewnych spraw udałem się na małą przejażdżkę. Zabrałem młodego gniadosza z stajni ÂŁowców i ruszyłem przed siebie. Lekki wiatr rozdmuchiwał moje włosy i przyjemnie łaskotał po twarzy. Od dawna nie miałem okazji wybrać się na swobodną wycieczkę. Cieszyłem się iż w końcu mogłem się wyrwać. Po niedługim czasie dojechałem do pobliskiej wioski, gdzie znajdowały się warsztaty najróżniejszych rzemieślników. Przypomniałem sobie o incydencie z łukiem, który zdarzył się ostatnio. Może tu znajdę coś lepszego. - odpowiadałem w duchu. Wjechałem spokojnie do osady i wiążąc konia przy pobliskiej stajni zacząłem się rozglądać.
Gordian Morii:
Tymczasem w Bractwie ÂŚwitu...
Wychodząc z komnaty upewniłem się czy do podręcznej torby, która wisiała na mym ramieniu włożyłem wszystko to co potrzebne było do odebrania złota ze Skarbca. Wszak każdy z zakonników wiedział, że kto, jak kto, ale sam Skarbnik często miewa swoje humory, które zwykle lepiej przemilczeć. Rzut oka na zawartość sakwy i już pędziłem korytarzem ku dziedzińcowi, by stamtąd udać się na górną część twierdzy.
Minąwszy kilku współbraci pozdrowiłem ich przyjaznym podniesieniem ręki i nie zatrzymując się popędziłem dalej. Koń i woźnica już czekali, a więc czas naglił. Spoglądając ku górującym hen daleko skarbcu pogratulowałem pierwszym mistrzom tak intuicyjną lokację danych punktów strategicznych w obrębie zamku, ale z racji pośpiechu szybko tę myśl porzuciłem.
Dobiegając do drzwi Skarbca oparłem się o odrzwia i przymykając lekko oczy odsapnąłem przez moment by wyrównać oddech i pozwolić sercu na uspokojenie się. Trwało tą niezbyt długo więc już po chwili poprawiając szatę i kosmyk włosów niesfornie zsuwający się na oczy wszedłem do potężnego budynku, w którym to przechowywano cały majątek Zakonu Braci.
-Witaj Bracie. - rzekłem dojrzawszy w odblasku ognia, starszego zakonnika. -Przybywam po złoto na zakup pancerzy i wyposażenia dla naszych Braci. Tutaj jest zgoda Rady. - powiedziałem nim Skarbnik zdążył jeszcze odpowiedzieć na pozdrowienie.
- Ah tak. Wypłata na uzbrojenie? - odparł pytaniem, które w mniemaniu każdego elfa nie oznaczałoby niczego dobrego... - Oczywiście, już pakuję złoto. - dodał, a ja ponownie mogłem odetchnąć.
Skarbnik żywo zabrał się do pracy pakując sakwy z dwustoma sztukami złota do skrzyni. Tak przygotowany kufer zamknął na malutki srebrny kluczyk, który zawiesił na rzemieniu i podał mi ze słowami.
- Proszę bardzo, pilnuj tego bo ostatnimi czasy coraz mniej dobroczyńców składających dary dla Zartata.- lecz ja nie podjąłem rozmowy i tylko ze zrozumieniem kiwając głową chwyciłem przyciężki kufer i obciążony tym ładunkiem ruszyłem w dół. (...)
-Jestem. Możemy ruszać - powitałem słowami woźnicę, który wygodnie oparty drzemał na wozie pykając sobie długą wierzbową fajkę. Kmieć tylko kiwnął głową dając znak, że nie ma nic przeciwko i zeskakując z wozu odjął koniowi stojącemu przy wozie worek z obrokiem. Ja tymczasem dosiadłem swojego wierzchowca i lekko klepiąc go po szyi ruszyłem w kierunku bramy. Trzech zbrojnych pachołków ruszyło w kierunku wozu i usadawiając się na nim ubezpieczyli złoto od ewentualnej kradzieży. Oś wozu zatrzeszczała, gdy ruszali w kierunku targu, który zacząć się miał już jutro.
Anette Du'Monteau:
Z tego co mi ludzie powiedzieli większość kupców miała zamiar się pokazać za jakiś czas. Miałem sporo czasem zatem nie przeszkadzało mi to zbytnio. Postanowiłem nieco pogwarzyć z ludźmi o życiu tu i być może problemach, które bym był w stanie rozwiązać. Większość mieszkańców nie narzekała na obecną sytuację i uważali, że jest dobrze jak jest. Mogłem im tylko pogratulować i odpowiedzieć uśmiechem. Przy jednym z domów zauważyłem wystawione na sprzedaż piękne jabłka. Podobnież okolica słynęła z przepysznych owoców, w tym głównie jabłek. Postanowiłem się o tym przekonać.
-Witaj mości panie, jak was zwą? - spytałem uprzejmie
-Redford, proszę pana. Mogę w czymś pomóc?
-Zatem Redfordzie, poprosiłbym z mały woreczek tych jabłek, wyglądają przednio. Mam nadzieję, że tak samo smakują. - rzekłem uśmiechając się. Sprzedawca przytaknął i powoli wybierając te lepsze jabłka, zapakował mi je do worka. Wyjąwszy parę złotych monet, obdarzyłem nimi Redforda i po podziękowaniu odszedłem. Sięgnąłem po jeden z owoców i przetarłem nieco o moją chustę. -Wspaniała barwa. Jeden spory gryz pozwolił mi się przekonać o jakości jabłka. Rzeczywiście było soczyste i wyjątkowo słodkie. Uradowany ruszyłem dalej przez wioskę. Po drodze natknąłem się na paru farmerów, którym złożyłem gratulację odnośnie wspaniałych sadów, kilka pań mocno oburzonych zachowaniem swoich mężów i jedną niewiastę zbierającą pranie. Pojawiając się za jedną z koszul zdjąłem ją i uśmiechnąłem radośnie do dziewczyny.
-Witaj panienko, mogę w czymś pomóc?
-Ależ oczywiście, o ile taki silny mężczyzna poradzi sobie z taką czynnością jak wieszanie i zdejmowanie prania. - odparła z uśmiechem. Nie tracąc czasu położyłem worek z jabłkami obok i zacząłem prace domowe.
Gordian Morii:
Wsłuchany w równy chód wierzchowca, na którym siedziałem spod lekko przymkniętych oczu beznamiętnie obserwowałem mijany świat. Drzemka w którą zapadłem była niewątpliwie regenerująca mimo, że pozycja w jakiej przyszło spędzić trasę pozostawiała bardzo dużo do życzenia. Kilka miniętych wozów dawało pewność, że zmierzamy w odpowiednim kierunku, a utwierdzeniem w tym przekonaniu były stragany, które pojawiły się kilkaset metrów dalej, na wielkim placu przy którym łączyły się szlaki z odległych części wyspy.
- Jesteśmy. - zawołałem do drzemiących na wozie zakonników.
- Podjedźcie bliżej kramów i czekajcie na mnie, ja postaram się załatwić wszystko i wrócić po złoto. - dodałem i przeciągając się usadowiłem się prosto. Zastane kości strzeliły w stawach, a błogie uczucie relaksu odpłynęło gdzieś tam, hen daleko.
-Dalej. - ponagliłem konia klepiąc go lekko piętami. Szkolony do posługi kurierskiej koń bardzo szybko zerwał się do galopu i przeciskając się pomiędzy wszędobylskimi wozami zbliżył się do pierwszych zabudowań. Pośród wielu kręcących się tam osób, na które nie zwróciłem prawie żadnej uwagi dostrzegłem postać, która wyraźnie nie pasowała do reszty.
- Witaj Zeyfarze. Nie spodziewałem się Ciebie tu spotkać, a już na pewno nie, przy takiej pracy.
Anette Du'Monteau:
-Ach zakonnik Elltharias. Witam. Musze przyznać że lubię odpocząć co nieco od całej tej kupy ludzi i zrelaksować się nieco. Ludzie mojej profesji cenią sobie spokój i ciszę. A skoro już się tu kręcę to mogę nieco pomóc, zwłaszcza jeśli chodzi o tak urodziwą panienkę jak Maralie. Widać było że dziewczyna nieznacznie się uśmiechnęła.
-Poza tym przybyłem tu w części z powodu poszukiwań. - odpowiedział uzasadniając swoją obecność. -Może jabłko elfie? Na prawdę są przednie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej