//Odnoszę wrażenie, że Zeyfarq zabiłeś już martwego potwora

Wampir rozejrzał się po grupie, która stoczyła walkę. Był zły na siebie za to, że naraził swą kompanię przyprowadzając ich tutaj. Jednakże samotna podróż to była pewna śmierć.
- Czy wszyscy są cali? - powielił pytanie Elfa. Nikt nie zgłaszał żadnych ran. Fakt, Ocian dostał ogonem i był mokry, jednak to nie mogło wpłynąć na jego motorykę. Wampir odwrócił sie plecami do grupy, odszedł kilka kroków dalej w wzdłuż mostu i patrząc na ścianę prastarego lasu rzekł
-
Kto chce, niech zawróci. Reszta... Chodźmy dalej - rzekł Gunses i ruszył mostkiem. Starał się być jak najbardziej cicho, aby nie zwrócić uwagi mieszkańców moczarów. Mostek ciągnął się dalej, a grupa kroczyła bacznie uważając gdzie stawiają nogi. W końcu mostek się skończył, a zaczęła się ścieżka. ÂŚcieżka była prawie że na wysokości tafli wody, stąd jej częściowe zalanie. Była to droga, po bokach wzmocniona małymi murkami, które miały zapewne chronić przed zalaniem. Wyłożona była z kamieni, w niektórych miejscach z okrągłych bali drewna. Co ważne, ewidentnie widać było różnicę pomiędzy drogą, a placem dookoła świątyni. Plan był zalany wodą, a droga... Droga była wybudowana już w czasie istnienia moczarów. Zapewne była to droga, wzniesiona i podwyższona na planie starego traktu. Znaleźliśmy się w lesie. Krajobraz był inny od znanego nam krajobrazu Valfden. Drzewa, wysokie do 300 metrów i w obwodzie mające ponad 30 metrów, usiane były roślinkami, lianami, bluszczem i mchem. Drzewa stały we wodzie, ale ich wypiętrzone korzenie pozwoliłyby gdyby zaszła taka konieczność, na przemieszczanie się suchą stopą. Drzewa swe gałęzie zaczynały dopiero w wysokości 20-30 metrów nad ziemią, a ich korony tworzyły baldachim, przez który nie przecisnęło się światło księżyców. W lesie powinno być ciemno, ale niektóre rośliny mieniły się światłem, od fioletowych i niebieskich, przez zielone, pomarańczowe i czerwone, aż do żółtych i prawie białych. Kołysały się lekko, jakoby żyły własnym życiem, jakoby czekały na okazję by coś zjeść. Co jakiś czas widzieliśmy kolonie grzybów wysokości 3-4 metrów i mieniących się jasnoniebieskim światłem. W koronach drzew słychać było ptaki, a po gałęziach cały czas coś przebiegało, niknąc nam z oczu. Parę razy woda zabulgotała niedaleko nas. Parę razy w ciemnościach ukazały się jaśniejące ślepia. Coś zawyło, coś zapiszczało. Kilkanaście kopyt gdzieś daleko rozbryzgało wodę. Kilkakrotnie coś zatrzepotało skrzydłami za naszymi plecami, coś znowu zaryczało niby wół. Las żył i żył spokojnie. Tym dziwniejszym dla nas był widok światła. Widok dużego ogniska i stojącej obok wieżyczki. Obraz ten był daleko przed nami i zakręcie drogi. Jakieś 400-500 metrów. Ognisko było sporawe, ale nie było żadnym stosem. Było najzwyklejszym w świecie ogniskiem. Wieżyczka obok była wzniesiona na żelaznej konstrukcji, w środku mając kilkumetrową drabinkę. I dopiero tam na szczycie była wieżyczka. Mała, na może 2-3 osoby, całkowicie zbudowana z metalu, o malutkich zakratowanych okienkach. Bynajmniej tyle udało się zobaczyć wszystkim tym z wyostrzonymi zmysłami. Inni widzieli tylko światło i bezpostaciowe kształty. Ci pierwsi jednak widzieli, jak światło ogniska opromienia kolosa w tyle. Była to wieżą, ba! zdawała się być małą twierdza. Wysokości ponad 30 metrów i prawie takiej samej szerokości. Okrągła, z szerszym piętrem, z wieloma zakratowanymi oknami i szpiczastym dachem. Z takiego budynku można było być obleganym z dobry miesiąc. Rzecz jasna bez taranu i magii. Jednakże i ognisko i wieżyczka i sama wielka wieża były niczym w porównaniu z tym co stało przed nimi. Bowiem przed ogniskiem, wieżyczką i wielką wieżą stała postać. Dość wysoka, szczupła, za plecami trzymała na skos cienki przedmiot długości kilku metrów. Zapewne była to broń..