Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nocne zmory ziem larkoskich
Metztli:
- ÂŁał... strasznie tu - stwierdziła Metz, chociaż nie należała do strachliwych osób - Ciekawe ile szczątków może tu leżeć - stwierdziła, patrząc na kopce. Podeszła do nich, aby im się przyjrzeć - Cmentarze zawsze... są takie smutne - stwierdziła patrząc na nagrobki. Tak różne od tych które zawsze odwiedzała - A te są takie zaniedbane, nikt tu nie przychodzi... -
Anv:
// Muahahaha... Anvuś przejmuje stery - Gordq poprosił :* Teraz aj jestem MG kontynuuję jednak jego scenariusz.
Idąc pomiędzy nagrobkami zaczynacie odczuwać coraz większy niepokój, jednak wydawał wam się nienaturalny, coś było nie tak. Jakby ktoś wam kazał się bać. Mimo tego zagłębiacie się w cmentarzysku. Nagle poczuliście powiew zimnego powietrza, usłyszeliście jego szum przelatującego przez drzewa. W pewnym momencie Zeleris usłyszał jakiś szczęk, chrupotanie, po chwili także Metztli go dosłyszała. Nadchodziło zagrożenie. Wtem tuz obok Zelerisa, zza sporego grobowca wybiegła grupka szkieletów.
6x Szkielet
Dragosani:
Flamel szedł dzielnie poprzez cmentarzysko, mimo niepokoju. Przecież nie mógł ujawnić niepokoju przed Metztli. Musiał być twardy niczym biceps krasnoluda, którego żona codziennie goni do trzepania dywanów. Jednak odgłos chrupotania zaniepokoił go nieco bardziej. Ale nie tak, jak widok szkieletów.
- Cholera jasna... - syknął i odskoczył od grupki nieumarłych. Dobrze wiedział że ten typ ożywieńca nie jest zbyt groźny, jeżeli zna się jego słabe strony. Odsunął się bardziej od szkieletów, ciągnąc kobietę.
- Trzeba im porozbijać czaszki... - powiedział. - To skuteczny i szybko sposób... Atakują zazwyczaj bezmyślnie, więc staraj się to wykorzystać. - dodał i ruszył do ataku. Na początek posłał silny psioniczny pocisk wprost we piszczel najbliższego ożywieńca. Uderzenie trafiło. Stara kość co prawda nie pękła, lecz mag zdołał wytrącić ją spod nieumarłego, co spowodowało jego upadek. Mag podskoczył ku obalonemu i uderzył w jego czaszkę z całej siły kosturem. Cios rozbił kościaną głowę szkieletu, lecz maga zaatakował inny. Zeleris, dziękując bogom za szkolenie w dziedzinie walki kosturem, sparował atak uderzając od boku w rękę ożywieńca, co spowodowało zmianę trajektorii ciosu. Atak maga był szybki, wyuczony podczas treningów. Flamel zamachnął się i uderzył w głowę przeciwnika od strony prawej. Czaszka dość zabawnie oderwała się od korpusu, niczym piłka podczas gry uwielbianej przez dzieci z wielu ludzkich miast. Poleciała kilka metrów dalej i zatrzymała się na jednym z kurhanów. Mag rzucił okiem, jak rodzi sobie kobieta.
Pozostałe szkielety: 4
Metztli:
Metztli sięgnęła po miecz, jedna kupa kości szła w jej kierunku paskudnie skrzypiąc zębami, była przestraszona bo nawet nie mogła rozpruć mu brzucha ani nic. Zaatakowała, tak jak radził Zeleris, przeciwnika w głowę i trafiła go prosto w oko. Ostrze miecza ugrzęzło - Oddawaj! To moje! - krzyknęła i złapawszy miecz oburącz gwałtownie pociągnęła broń, chciała ją tylko oswobodzić ale czaszka nadal na niej tkwiła, tylko korpus pałętał się bez celu. Metztli ze złośliwym uśmiechem podeszła do jednego z kurhanów i z całej siły przywaliła czaszką w kamień, przez co rozprysła się na tysiąc kawałków. To ją nieco rozbawiło, mniej natomiast widok dwóch bestii zmierzającej w jej kierunku z wyciągniętymi łapami... - Dobrze że to nie zombie, przynajmniej nie cuchną - stwierdziła i z całej siły machnęła mieczem od boku, celując w szyję przeciwnika. Kręgi szyjne rozsypały się, a głowa odpadła i poturlała się kilka metrów dalej. Jego towarzysz nie przejął się `śmiercią` i szedł dalej zgrzytając zębami.
Dragosani:
Po pokonaniu szkieletu Metztli usłyszała głos Zelerisa. Mag inwokował zaklęcie.
- Elishhu. - wypowiedział Flamel. Kryształ w jego kosturze zalśnił błękitnym blaskiem. Powietrze przed nim poruszyło się. Po krótkiej chwili z kontrolowanych przez maga wiatrów uformowała się swoista trąba powietrzna. Jej średnica nie była duża, lecz siła wiatru z pewnością mogła zaszkodzić nieumarłym napastnikom. Flamel skierował kostur w stronę dwóch pozostałych szkieletów, a kryształ na końcu broni zalśnił jaśniejszym blaskiem. Powietrzny wir posłusznie skierował się w och stronę, bezlitośnie porywając lekkie szkielety i ciskając je na ziemię. Część ich kości rozsypała się, lecz głowy pozostały całe, więc ożywieńcy jeszcze poruszali się. Przynajmniej próbowali, gdyż bez jednej czy dwóch kończyn było to nieco trudne. Mag rozproszył zaklęcie i podszedł do pełzających nieumarłych, unosząc kostur. Uderzył w czaszkę jednego, a ta pękła pod ciosem. Następnie uczynił podobnie z drugim szkieletem.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej