Tereny Valfden > Dział Wypraw
Czarcia Pieczara
Eric:
Mrucząc pod nosem w rytm jakiejś piosenki, Diomedes powoli posuwał się do przodu. Droga mijała zadziwiająco szybko, choć nadal nie widział nawet zarysu budowli posterunku straży. Podeszwy jego butów stukały z charakterystycznym dźwiękiem o brukowe podłoże. Dzielnica była zadbana, ale i nieco zatłoczona. We wszechobecnym hałasie ciężko było mu skupić myśli. Kilka razy popatrzył z ukosa na rozpustne dziewki i rzucił obelżywe słowa. ÂŻe też w takich czasach jest mi dane żyć... - pomyślał. Warknął na jakąś nieuważną kobietę, która plątała mu się pod nogami, utrudniając szybki marsz. Spłoszona dziewoja oddaliła się szybko, jeno oglądając raz po raz zaszklonymi oczyma. Dzieci bawiące się na wolnym powietrzu z mimowolnym podziwem wpatrywały się w jego dwa miecze, a szczególnie w piękny, krasnoludzki miecz dwuręczny. Diomedes korzystał z niego rzadziej niż z Jeźdźcy Burz, gdyż bieglej i szybciej posługiwał się bronią jednoręczną. Przeszedł obok gromadki dzieci, uśmiechnął się szczerze i powędrował dalej po zatłoczonych uliczkach. Kilku handlarzy wykrzykiwało ze swoich straganów jakieś składne hasełka zachęcające do zakupu czegoś z ich biednego repertuaru. Diomedes popatrzył na nich z pobłażaniem i ruszył dalej. Ciekawe co z Atrien... W końcu mieszkam tu gdzieś niedaleko, mógłbym się nawet na nią natknąć! - pomyślał. Szybko jednak przegonił ową myśl i skupił się ponownie na zadaniu. Nadal jeszcze musiał dotrzeć do posterunku straży i wiarygodnie zdać sprzymierzeńcom prawa sprawozdanie z poczynań Marcela Kwina. Przechodząc jedną z uliczek usłyszał jakąś kłótnię w domu nieopodal. Mężczyzna najwyraźniej zapił się w trzy dupy i jego żona robiła mu teraz awanturę. Smutne jest życie małżeńskie... - pokręcił głową Diomedes. Nagle szyba w oknie się rozbiła i na bruk posypał się deszcz szklanych odłamków, zgrabnie odbijających blask słońca. Diomedes prychnął, splunął, kopnął w kupę szkła i ruszył dalej. Miasto zdecydowanie nie było dla niego. No, chyba, że zaszył się w swoim domku wraz z Atrien. Zdecydowanie wolał jednak zamczysko Bractwa. Zawsze była jakaś flaszeczka gorzałki pod ręką i ktoś, z kim można było ową flaszkę opróżnić.
Istedd:
Wzrok jego, znacznie już trzeźwiejszy od niedawnego przebiegł po osobie ślimaczego doradcy. Persona ta dziwnie mu nie pasowała. Wedle jego skromnej i nieprzekupnej opinii była szują, mendą i wrzodem na dupie Narodu ÂŚlimaczego. Nie dał jednak po sobie tego poznać, jak dawniej nie dawał po sobie poznać, że czas dla niego, aby upaść na ziemię po niewyobrażalnej popijawie. Biesiadzie, znaczy się. Teraz jednak była to zupełnie inna sprawa i nawet nie wiedział, że pił kiedyś. W końcu był bohaterem, a oni nie są tak ulegli przebiegłemu uczuciu wzmożonego pragnienia trunków w gardło co najmniej drapiących. Pytanie, które padło zdziwiło go. We łbie pytał siebie: Jaki trop?. Czuł tutaj nie tylko napięcie, ale coś jeszcze innego, czego nie umiał określić. Być może chodziło tutaj o grzyby... Te paskudne bydlęta tak rażąco odrażające, jak i śmierdzące tanim piwem. Cóż to byli i są za barbarzyńcy! Zebrał się w sobie, niezmienionym, spokojnym głosem powiedział prawdę. Nie zamierzał kłamać, bo po jaką cholerę miał sam swą reputację plątać w uwikłania przeciwieństwem prawdy? Bynajmniej tej prawdy, jaka niedawno wydawała się oponentem kłamstwa.
- Nie, panie najjaśniejszy. Nie zyskaliśmy czasu, nasz bobrzy towarzysz, Bojberes udał się po magiczne mikstury, które miały pomóc nam w wykonaniu zadania. Kiedy jednak zniknął w twym pałacu, panie, doszły nas niepokojące trzaski i wybuchy. Ruszyliśmy wam, drogi panie, w sukkus. Dlatego jeszcze nie podjęliśmy pogodni nad tymi chędożonymi grzybolami.
Hagnar Wildschwein:
/Ergard i Zeyfar
-Widzę, że i w waszym, bobrzym narodzie są szuje i zdrajcy! Nikt, bowiem inny jak nie Bojberes przybył tutaj i mi groził! Mnie! Udało mu się uciec i przy okazji zniszczyć mój dom! Już jednak moi ludzie są krok za nim... Jednak obawiam się, że grzybole wiedzą o tym, że odkryliśmy ich... posterunek w dzielnicy biedoty.- mówił przekonany o tym, że wciąż jesteście posłuszni jego wersji i słowu.
-Ruszajcie więc i niech żadna, kurewska noga grzybola nie postanie więcej w Królestwie ÂŚlimaków!- powiedział do was.
-Musimy od razu wybić wszystkich, niech i kilku moich oddanych wojowników idzie z wami, aby w odpowiedniej chwili wyrżnąć całe tą całą kapeluszową sektę!- powiedział Król ÂŚlimak.
Istedd:
Wysłuchał wielce łakomie słów Władcy ÂŚlimaka. Pierwsze zdanie, jakie wypowiedział wywołało u niego nie tyle zdziwienie, lekkie rozdziawienie gęby, ale także ciche westchnięcie. Zerknął na Zeyfara, on nie mógł, tam samo i sam moczymorda. Nie dowierzał własnemu, iście detektywistycznemu umysłowi, który winą obarczył Bojberesa - jego druha i do picia, zabawy, ale również szabli, klątw i bójek. Bynajmniej k' dobrej sprawie. Teraz jednak wszystko to dziwnie go przytłumiło. Skądś przecież pamiętał, że szanował i lubił Bojberesa... Nie wiedział skąd, ale pamiętam. Lekko skłonił się, gdy król zakończył pierwszą część swej długiej wypowiedzi. Kiedy monarcha polecił im zadanie, Ergard skinął na jedno kolano.
- Rozumiem, panie. Czym prędzej wyruszę wraz z Zeyfarem i zniszczę tą kapeluszową sektę.Własnym mieczem obiecuję tobie, panie, że wyrżnę ich do co jednego. Niech tylko gdy zoczę ich kapelusze a wraz z Wojownikami ÂŚlimaka z wielką chęcią rozdepczę te truchła, ale także wieść o tym rozniosę chen za granice twego królestwa, panie. Zezwól tylko, jak najprędzej nam wyruszać a po tym... zmyć hańbę naszego jagerbóbrowekommando. - rzekł ostatnie słowa głosem wielce zmienionym. Dziwnie pewnym siebie, mrocznym i nienawistnym wręcz do osoby zdrajcy. Gotów był nawet przegryźć mu gardło własnymi zębami, jeżeli w dłoniach nie starczyłoby siły.
Hagnar Wildschwein:
//Zeyfar i Ergard 12:30
Król odprawił Was i wraz z 10-cio osobowym oddziałem Wojowników ÂŚlimaka stoicie pod domem Króla ÂŚlimaków
//Diomedes 12:45
Jesteś pod posterunkiem. Jeśli zabudowania dzielnicy są typowe to budynek straży jest diablo typowy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej