Tereny Valfden > Dział Wypraw
Czarcia Pieczara
Hagnar Wildschwein:
//
-Ergard powoli zaczynasz kontaktować i kojarzyć jakieś elementy życiowe. W miarę też rozumiesz, że jesteś spętany grubym sznurem i siedzisz w ciemnicy, więc aż tak źle nie jest, ale... nie jest też dobrze. Możesz się komunikować, wychodzi Ci to z trudem (nie chodzi o bełkot czy inne wady, ale raczej o trudność w dobieraniu słów).
//Psiarnia 8:20
-Ergard i Diomedes dochodzą do Was dźwięki jakby z zewnątrz pomieszczenia, w którym się znajdujecie.
Eric:
Od razu poznał głos towarzysza niewoli, mimo, że ów mężczyzna wydał z siebie jakiś ledwie zrozumiały bełkot, z którego Diomedes usłyszał jeden z wersetów popularnej pieśni biesiadnej. Ergard Istedd, bo tak ów mężczyzna się nazywał, najwyraźniej żył jeszcze dniem wczorajszym i pijackim bankietem urządzonym przez niejakiego Marcela Kwina. W umyśle Diomedesa zaświecił promyk nadziei. Ktokolwiek ich zamknął raczej dobrych zamiarów nie miał, inaczej nie krępowałby ich ciał w tak bestialski sposób, a Ergard był dobrym wojownikiem, z pomocą którego na pewno udałoby się z tej cholernej celi wydostać. Diomedes z trudem i ogromnym wysiłkiem przeturlał się w kierunku, z którego dochodził głos. Zoczył zarys zwalistej bryły, którą najpewniej był Istedd.
- Ergard...? - mruknął by się upewnić. W końcu w głowie szumiało mu mocno, więc i słuch mógł zawieść.
Istedd:
Powoli, niczym czas upływający bez ubarwiania żywota pięknymi i szlachetnymi czynami biesiadnictwa, chędożenia i pijaństwa, począł odzyskiwać zdolności pojmowania. Najpierw pojął to, że jest związany. I to cholernie boleśnie i niemiłosiernie. Dlaczego? Przecież Ergard był dobrym człowiekiem? Zachciało mu się płakać i śmiać się, ale powrócił do normalności kolejnym jękiem, wydanym jakoby z większą pewnością siebie. Jeżeli można było o czymś takim w ogóle mówić... Posłyszał kolejne słowa. Ten sam głos jak poprzednio. Powtórzył sobie pytanie w głowie, które zawierało aż jedno, tak trudne do przyswojenia słowo. Moczymordzie dłuższą chwilę zajęła odpowiedź.
- Nie... Jestem sobie Pan! Gdy siedzę nad dzban... - odparł z iście brutalnym oddechem co najmniej połowy gorzelni. Brzuch innymi słowy począł wszystko trawić i wracać do normy. A skoro i brzuch, to i inne narządy wracać poczęły. W tym nadzieja była, że zaprzestanie w końcu bekać. Jakże złudne nadzieje! Beknął po chwili cicho.
- Kurwa mać. - przytoczył hasło uniwersalnego alfabetu. Znowuż to jakże rubasznie dosadne słowo, obrazujące całą sytuacyję zatriumfowało nad poetyckimi rozważaniami!
Eric:
Z ciemności znów wydobył się głos. Teraz Diomedes nie miał już żadnych wątpliwości - to musiał być Ergard... Choć jakoś dziwnie się zachowywał. Może kac mu bardzo doskwierał? Mimo wszystko wyglądało na to, że z trudem dobiera słowa do swoich wypowiedzi. Diomedes zaniepokoił się o swego towarzysza, choć nadal twierdził, że to wina spożytego alkoholu.
- Słuchaj, nie mamy czasu na wygłupy Ergard. Wiem, że popiłeś, główka boli i w ogóle, ale popatrz. Związali nas i zamknęli. Raczej dobrodusznych intencji wobec nas nie mają. Najlepiej byłoby stąd dać nogę. I gdzie jest ten pieprzony Zeyfar?! - warknął głośno. Więzy zachrzęściły znów dając znać o swojej obecności. Diomedes robił się poirytowany. Nie lubił ciasnych pomieszczeń, to na dodatek było całkowicie zaciemnione. Działało mu to na nerwy. Wbił bezlitosny wzrok w ciemność, gdzieś, gdzie prawdopodobnie leżał jego towarzysz.
Hagnar Wildschwein:
// Diomedes i Ergard
Szamotanie na zewnątrz przekształciło się w szamotanie przy zamku drzwi
//Zeyfar
W drzwiach do Twojego pokoju zatrzeszczały tryby zamka.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej