Tereny Valfden > Dział Wypraw
Czarcia Pieczara
Istedd:
Odsunął nieco od siebie kieliszek z winem. Nie godzien był ów trunek ranić jego gardło jednego z nadal żywych z krasnoludzkiej kompaniji członka przez bogów obranego wolą ich ugrupowania "Brodatych Moczymord". Myśl o zdradzie tego wymyślonej przed chwilą elitarnej grupy była odrażająca. Postanowił sobie odpuścić nawet i grzeczności w takim wypadku.
- Muszę jednak odmówić. Gardło moje wielce jest wrażliwe na takie... wina. To jest takie... eee... uczulenie czy coś podobnego... A bodaj mnie... mam to słowo na końcu języka. Mniejsza z tym, cholera. - zwrócił uwagę po czym przytaknął z miną świętego Zeyfarowi. W pełni (znowu) podzielał jego zdanie. Również zawtórował ponownie śmiechem Diomedesowi. Gotów był do zanucenia pięknego, pochwalnego hymnu na cześć wniesienia trunków, ale nie był pewny czy hymny tutaj pasują.
A brzmiała ta pochwalna pieśń następująco:
Wódki, wódki, wódki dajcie,
a jak nie - to spierdalajcie.
Piwa, piwa, piwa dajcie,
a jak nie - wypierdalajcie.
Wina, wina nie dawajcie,
bo jak tak - to spierdalajcie.
Eric:
Diomedes zawtórował Ergardowi i już po chwili w całym domostwie rozbrzmiewała wesoła, jednakże wulgarna pieśń. Większość zgromadzonych tutaj ludzi patrzyła na dwóch Kruków z niejaką dezaprobatą, jednakowoż na razie nikt nie miał zamiaru ich uciszać. Diomedes odtrącił kielich z winem rozlewając nieco na piękny, haftowany, biały obrus. Nikt jednakże nie kwapił się z przyniesieniem żądanych trunków.
Wódce, wódce, wódce chwała
Dajta ludzie flaszkę zaraz!
Rozbrzmiała kolejna, jakże kreatywna i ciekawa zwrotka. Diomedes wybuchł nagle niekontrolowanym śmiechem.
- To przynieślibyście w końcu tej wódki...
Anette Du'Monteau:
Zeyfar patrzył z lekkim zażenowaniem na dwójkę kompanów. On jako syn z rodziny kupieckiej przywykł do pewnych manier i wino mu nie zbrzydło od tamtych czasów. Zakołysał kielichem i przeciągnął nosem nad jego brzegiem. Chciał wyczuć bukiet trunku. Być może wyglądało to dziwnie, jednak został obeznany z takimi czynnościami. Wziął kolejny łyk doceniając wspaniały smak.
-Przyjaciele przyszliśmy tu na ze względu na zlecenie, a nie jako tanie moczymordy, jak to lubisz mówić Ergardzie, żeby rozwiązać problem i pokazać, że Krucze Bractwo nie na darmo ma swoją renomę i honor. Czyż nie? - powiedział spoglądając wymownie mauren.
Hagnar Wildschwein:
//Biesiada trwa w najlepsze, nie tylko w waszym wąskim gronie, bo dosiadło się do was kilka "znamienitych" person, a i znalazła się niewinna butelka dobrej gorzałki. Rozsiedliście się baaaardzo familiarnie, a rozmowy spływały na coraz to bardziej rozwiązłe tematy. Goście, z biegiem czasu, powoli wykruszali się lecz nie zmienia to faktu, że bankiet trwał nadal, choć w typowych dla bogatszych klas "kastach" biesiadnych.
//Siedzi przy was kilku dorobkiewiczów, "dam" im towarzyszących, a nawet kamerdyner po skończonej pracy dosiadł się do stołu. Przez salę co rusz przewijają się różne postaci oraz kelnerzy usługujący. Podano nawet ciepłe posiłki najróżniejszych, i sporządzonych często wedle gustu biesiadników, rodzajów. Mimo to, nadal tajemniczy dla was, Marcel Kwin nie zjawiał się.
//Słowem macie okazje do doinformowania się, zawiązania znajomości lub zwykłego uwalenia się w trupa na czyjś koszt w eleganckim miejscu.
Anette Du'Monteau:
-Witaj panie, chciałbym poznać twe imię skoro przysiadłeś się do naszego towarzystwa. - spytał kruk patrząc oczyma znad kielicha. Jego wzrok utkwił na najbliższym mu "szlachetnym" człowieku.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej