Tereny Valfden > Dział Wypraw
Czarcia Pieczara
Eric:
Diomedes przekroczył próg bogatego domostwa. Widok był taki jakiego się spodziewał - ogromny tłok ludzi chcących sprawiać wrażenie szlachciców. Bankiet nie był w jego stylu. Preferował obcować z wojownikami, których jedynym pragnieniem był kufel zimnego piwska w ręku. Jednakże nie miał zamiaru wybrzydzać. Skinął rękę na jednego z przechodzących kelnerów i zabrał z tacy kielich wina. Opróżnił naczynie kilkoma dużymi łykami. To ma być trunek? To ja się nie dziwię, że to baby piją... - pomyślał. Istotnie - wino było wyśmienite, jednakże nie dawało tego, co Diomedes od alkoholu oczekiwał - piekła w gardle. Cóż, jako przepitka ujdzie... Dosiadł się do jednego ze stołów i skinął na kompanów. Odsunął trzy krzesła, gestem dłoni zapraszając dwóch pozostałych kruków. Pochwycił butelkę wina, odkorkował ją i rozlał do kielichów postawionych na stole.
- Chodźcie bracia. Napijmy się, jak to na początku Ergard sugerował.
Istedd:
Kiedy wraz z kompanami dotarł na miejsce bankietu także zachowywał wielkie milczenie. Niepewnie czuł się z mieczem na plecach, wśród tak sielankowej gromady gówniarstwa, które o mało co nie roztrąciło ich "szyków" biegając, radując się nie wiadomo z czego i krzycząc gorzej niż kobieta podczas... obdzierania ze skóry? Klarowne to porównanie. Słysząc pytanie Diomedesa gotowy był już przyjacielsko go zripostować, ale wyprzedził go mauren. Lekko nie dowierzał powodowi "wywołania grozy". W końcu czego tu się bać? Nigdzie nie było krasnoludzich chłopów, które zamachiwały się na cnotę zawsze bogobojnych i cnotliwych mężczyzn, by potem wykastrować ich i wykorzystać... to do ugotowania zupy z "niespodzianką". Wzdrygnął się na samą myśl o tym, jakże rzeczywistym koszmarze. Kiedy kompan usiadł w oczekiwaniu na otwarcie, pijaczyna oparł się plecami o ścianę domostwa.
- Tematy zawsze znajdą się po napiciu się, druhu. To podstawy wszelkiego stworzenia, alkohol wszak nie tylko język rozwidla do rozmowy i umysł ożywia, ale i sprawia druhów sobie od razu bliższych i bardziej siebie znajomych. Po cholerę mi wszak mówić o swoich lękach, skoro ktoś mógłby je wykorzystać? Ale powód jest, albowiem lęki swe przezwyciężać trzeba, takoż ja sobie przy pasowaniu obiecałem. - powiedział biegle nawet bez jakichkolwiek z akcencie fragmentów mowy pijackiej.
- Boję się orków. Plemię to paskudne, silne, barbarzyńskie i zwierzęce. Nie słyszałem więcej, chociaż widziałem jedno takie bydlę kiedyś. Zgroza mnie obległa, bo młody byłem. Obawy mam też proste, że napoi zacnych zabraknie na świecie i umierać poczną przez to ludzie znaczni godnościami, jak i łyki pospolite. - mówił idąc za nimi ignorując obecność służki. Nagle zoczył, jak Diomedes sięga po truciznę! Wino wszak nie można było nazwać trunkiem godnym, a jedynie nobilitowaną wodą doprawioną latoroślą, która nie z błogosławionej ziemi, ale na przeklętych patykach wznosi się ku niebu, jako czort jakowyś. Z obrzydzeniem nie przyjął owego napoju, mimo zachęty miną kelnera. Wolał prędzej wychędożyć tabor krasnoludzkich dziewic. Tylko takich mniej puszystych i brzydkich.
- Racyja, racyja, napić się trzeba czegoś porządnego. Usiadł przy nim i nie zauważył, że ten polewa mu wina.
Eric:
- Wiem, że toć to babski trunek, jednak wypadałoby z czystej uprzejmości skosztować. Niczego lepszego chyba i tak do zaoferowania nie mają. - powiedział i wychylił zawartość kieliszka - Zero smaku - narzekał - Toć sok pomarańczowy bardziej gardło parzy. Ergardzie, sam nigdy nie widziałem orka, choć wiele o tymże bestialskim pomiocie słyszałem. Ale wiesz - póki na plecach masz miecz, na ciele zbroję, a w głowie wolę walki to nie masz się czego z ich strony obawiać. Ja jakoś nigdy jaszczuropodobnych ras się nie bałem, zaś żywię dziwną, nienaturalną wręcz, odrazę do koników polnych. Cholerstwo zielone, włochate i ohydne. Niby zdeptać można, ale brzydzę się i już. - odwrócił się i zawołał do kelnera - Te, czcigodny panie, wyciągnijcie jaki mocniejszy trunek, bo to wino to nie na moje gusta... Moi kompani pewnie też czego mocniejszego by wychylili.
Anette Du'Monteau:
-Mnie panowie szczerze mówiąc przerasta jedna sytuacja. Może po mnie łazić i stado koników polnych, może na mnie napaść grupa orków, ale powiadam wam nic nie jest gorsze od kobiety. Oczekują, że czytamy im w myślach i wszystko wiemy. Oczywiście nie wszystkie są wredne i złe, ale traf na taką, a uchowajcie bogowie. Poza tym jeszcze nigdy nie przepadałem za trollami. Bydle to wielkie i niebezpieczne. Widziałem kiedy jak jeden śmiałek próbował ubić takiego. Umarł w butach...świeć Zartacie nad jego duszą. - skończył Zeyfar i pociągnął łyk wina.
Eric:
- Kobiety nie są złe, dopóki nie osiągną pewnego wieku... Nazywa się to chyba kryzys wieku średniego. ÂŚwietnie trafiona nazwa. Ja na szczęście nie miałem okazji obcować z takimi rozkapryszonymi kobiecinami. Ale dobrze wiedzieć Zeyfarze, jak będę chciał Ci kiedyś dokuczyć to zamówię Ci usługi pewnych pań lekkich obyczajów - zaśmiał się Diomedes i krzyknął znów do kelnera - Panie, to będzie coś z tym trunkiem?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej