Tereny Valfden > Dział Wypraw
Mądrość i Prawda
Altair:
Altairowi podróż nie przeszkadzała. Właściwie dopiero teraz czuł się, jak ryba w wodzie. Taki po prostu był jego zawód, takie jego przeznaczenie. Dobrze o tym wiedział, że już zawsze będzie wędrował, wojaczki nie porzuci choćby nie wiem co. Nawet nie dlatego, że tak bardzo kochał to co robił, bo ciężko powiedzieć by Altair w ogóle cokolwiek kochał. Raczej dlatego, że nienawidził wszystkiego innego. Czuł się potrzebny tylko w ogniu walki, wszędzie indziej, według niego, trwonił czas swój i wszystkich dookoła. Wiedział, że starość nie przykuje go do łóżka, kiedy będzie już na tyle zniedołężniały, zabije go po prostu słabszy przeciwnik, którego kilka lat wcześniej mógł zabić gołą, lewą ręką. Taki był jego los. Chciał się odezwać, okrzyczeć Gunsesa że mówi do niego "wytrzymaj", ale nie miał na to siły. Chciał skomentować słowa Peanuta, ale nie miał na to siły. Bynajmniej nie fizycznej, a psychicznej.
Pogładził się po swojej twarzy, zdawało się widać delikatny uśmiech lewego kącika warg - nowe blizny, pomyślał znów...
Gunses:
Kompanie sunęła dalej. Przecięła pas nagiej skały tworzącej klif, później wjechali na pas ziemi niczyjej. Ubitej, utwardzonej. Zarośniętej pokrzywami, łopianem, komosą i perzem. Chwast i zielsko wystawało ponad resztki murów i kamieni, które dawniej tworzyły zabudowania. Podkowy i koła wozu zastukały na kamieniach, które wyznaczały drogę pośród ruiny. Coraz więcej było zniszczonych zabudowań. Kamień budowlany wystawał spod ziemi i zielska. Samotne i połamane kolumny starczały niemo, kierując swe krańce w stronę zachmurzonego nieba. Deszcz padał cały czas, zimny wiatr ziębił. Kopmania poruszała się pomiędzy ruiną w strugach deszczu. Nikt z nich nie wiedział, że za 300 lat obrazy przedstawiające tajemnicza kompanię konno, z wozem w strugach deszczu i uderzeniach wiatru pośród nocy w zapomnianych i zarośniętych ruinach, będą jednym z głównych kwestii rozstrzyganych na zjazdy uczonych. Nikt z kompanii nie wiedział, jaką wielką rolę przyjdzie odegrać mu w zmianach tego świata.
Wjechali na plac przed świątynią. Stało tam kilka koni, mała improwizowana stajnia, trzy małe namioty. Trochę bliżej samej świątyni stał samotny namiot. Był bardzo duży, rozstawiony na palach wbitych w ziemię. Szczelnie opierał się naporowi wiatru i deszczu. Z środka biło światło. Kompania podjechała pod stajnię. Zostawiła konie przy korytach z owsem. Wyprzężono wóz. Gunses wraz z całą grupą, rozchylając płachty wielkiego namiotu, wkroczyli do środka.
Po środku paliło się duże ognisko, dające światło i ciepło. Obłożone było kamieniami, a nad nim na rusztowaniu była rozłożona odzież. Nad samym ogniu, na rożnie złocił się pieczony jeleń. Namiot był kwaterą i obozem jednocześnie. Za ogniem na stołach leżały kawałki kości, grotów strzał, potłuczone naczynia, stare pergaminy. Przy stołach tych stała troje ludzi. Kobieta i dwójka mężczyzn. Po prawej stał postawny mężczyzna w skórzanym czarnym kaftanie wiązanym rzemieniami pod szyja i na ramionach. Ręce miał złączne w dłoniach a w nich dzierżył oparty ostrzem na lewym ramieniu wielki dwuręczny miecz. Po przeciwnej stronie na drewnianych krzesełkach siedziała inna trójka. Dwie kobiety i mężczyzna siedzieli przed małym ogniskiem i zawieszanym nad nim garnczkiem. Pierwsza z kobiet ostrzyła topór, delikatnymi ale pewnymi pociągnięciami osełki. Druga z niewiast moczyła groty strzał w kociołku nad paleniskiem, po czym ostrożnie kładła je na rusztowanie niżej. Mężczyzna naciągał i zwalniał cięciwę mistrzowsko wykonanego łuku. Ostatnim z grupy był człowiek po prawej, przy wielkim zastawionym jadłem stole. Dwa miecze które mu towarzyszyły miał złożone na kolanach, dłonie opierał na głowniach miecza. Wszyscy spoglądali na kompanię Gunsesa. Bliżej ognia podszedł jeden z mężczyzn, którzy stali przy stołach. Był to bardzo wysoki Elf, w białej szacie i o takim samym kolorze długich do ramion włosów. Nie był stary, chodź biła od niego aura szacunku i potęgi
- Białe włosy jak u starca, czarne oczy jak u ślepca, blada cera jak u chorego. Pan Cadacus? - spytał
- Tak. Od Gordiana i do Gordiana.
- Gordiana nie ma - rzekł - Usiądźcie przy stole. Napijcie się, zjedzcie coś. Stroje możecie zostawić nad paleniskiem aby wyschły. Przeklęta pogoda. Czujcie się jak u siebie, Gordian poinformował mnie, żebym się wami zajął. Dołączę do was, jak tylko zakończymy dzisiejszą sesję i wszystko wam opowiem - rzekł i wzrócił do stołów - A! Zapomniałbym! Między palami zawiesiliśmy hamaki, jeśli mielibyście ochotę na drzemkę, nie krępujcie się. - rzekł Elf i wrócił nad stoły. Kompania zaś zwróciła się w stronę lewej części namiotu, gdzie na wielkim i długim stole znajdowało się wino, miód, giny oraz pieczeń z różnorakiego leśnego zwierza. Wampir popatrzył po grupie przebywającej w namiocie. Nikt się nie odezwał, nikt nic nie powiedział. Wszyscy taksowali grupę Wampira wzrokiem.
Dragosani:
Flamel przez resztę drogi drzemał w siodle. Cóż innego miał robić, skoro tematy do rozmów się skończyły i nic w zasadzie się nie działo? Właśnie śnił o rzucaniu chomikami w mur, gdy rozbudził go dreszcz. Nic dziwnego, w końcu pogoda była beznadziejna. Mag rozejrzał się nieco zaspany. Grupa wkroczyła właśnie w obręb ruin. Więc w końcu dotarli. Nareszcie zacznie być naprawdę ciekawie. Zeleris ucieszył się, gdyż podróż już go nużyła. Wyruszył w końcu w ekspedycją badawczą, by coś odkryć, a nie po to by walczyć z wilkołakami i marznąc w drodze. Młody mag niemal natychmiast się rozbudził, ciekawość była bowiem skuteczniejsza niż kawa. Rozglądał się zainteresowany po ruinach. W końcu dotarli przed świątynię. Byłą, według Flamela, piękna. Taka tajemnicza, monumentalna i mistyczna. Jak wszystko co przed mileniami zbudowali draconi. Mag milczał, gdy Gunses witał się z elfem. Chciał co prawda skomentować tekst "czarne oczy jak u ślepca", w końcu ślepcy mają białe oczy, lecz ugryzł się w język. Zbyt wiele było to uzbrojonych osób, które nie wyglądały na skore do żartów. Kompania zasiadła w końcu do długiego stołu. Ku uciesze maga podano miód. I posiłek w postaci pieczeni. Flamel z radością zabrał się do picia, jedzenia i ogólnego regenerowania sił po podróży. Musiał być w pełni sprawny fizycznie, magicznie i umysłowo, gdy ekspedycja zacznie się na dobre. Wszyscy wokół jedli i pili. Ich "gospodarze" zaś przyglądali się uważnie drużynie. Flamel ignorował ich spojrzenia. W końcu odezwał się, by przerwać przedłużającą się ciszę.
- Jak myślicie, kiedy przybędzie Gordian?. - zapytał by jakkolwiek zacząć rozmowę.
Gunses:
Białowłosy Elf spojrzał na Flamela i pomyślał, że wszak ślepcy widzą czerń, tak więc dla nich samych oczy są czarne. Jednakże nie był skory do żartów. Podszedł bliżej i zasiadł za stołem. Podkasał rękawy, nalał sobie wina
- Gordian był tu przed kilkoma dniami - rzekł do drużyny - Badał z nami ruiny. Powiedział, że niedłgo przybędziecie, więc trzeba was jakoś ugościć. Wczoraj siedział w świątyni cały dzień i noc. Nad ranem już go nie było. Po jego portalu magicznym pozostał ślad, jednak tak nikły, że nie dało się go odwzorować i ponownie otworzyć portalu. Udał się gdzieś, nie mam pojęcia gdzie, widać coś odkrył. Jutro zaprowadzę was w miejsce otwarcia portalu, może wam coś się rzuci w oczy.
Hagnar Wildschwein:
-Nu i dobra!- rzekł krasnolud na słowa elfa, który ich przyjął w te ciepłe, aromatyczne i sute miejsce odpoczynku. Wydawał się nawet sympatyczny. Jak na elfa rzecz jasna i jak na krasnoludzkie oko. Domenic nie trwoniąc czasu zrzucił przemoczony strój podróżny i przewiesił go przez sznur wskazany kompanii przez gospodarza. Później zabrał się za uzupełnianie niedoboru mięsiwa i miodu w organizmie.
Zabawne. Ile to radości może sprawić kilka kęsów mięsiwa i łyków miodu... pomyślał nie zastanawiając się wcale nad bukietem przypraw i stopniem wypieczenia swojego posiłk.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej