Tereny Valfden > Dział Wypraw
Mądrość i Prawda
Hagmar:
Jechał z tyłu grupy, wściekły jak nigdy. Jak Gunses mógł być tak nie odpowiedzialny nie informując nikogo że wkraczają na terytorium wilkołaków?. Tak nie zachowuje się odpowiedzialny dowódca. Elf popędził konia.
Hagnar Wildschwein:
Krasnolud jechał dalej i trwał w milczeniu na te słowa, bo i ani one treści mu przynosić, nie przynosiły, a i po cóż krew wzbudzać do krążenia szybszego kiedy ją tamować i do krzepnięcia zmuszać trzeba.
Gunses:
- Cetoe Retheis wypłynął i zdobył względny szacunek po wojnie - rzekł Gunses jadać obok wozu - W wojnie był mało pożyteczny. Nie przyjmował rozkazów, wielokrotnie dezerterował. Wówczas nie nazywał się Cetoe Retheis. Po wojnie i upadku Numenoru Wilkołaki podzieliły się na mniejsze klany. Dzikie, które nie potrafią przyjmować ludzkich form jak te tutaj, włączyły miedzy sobą. Zagryzały się wzajemnie. Klany wyższe, te które umiały przeistaczać się w ludzkie formy zapadły głęboko w puszcze. Wtedy pojawił się ów mężczyzna. Zjednoczył pod sobą klany wyższe i siłą przejął kontrolę nad niższymi. Stworzył duża armię, jednak nie przetrwał długo. Chociaż stworzył klan nie agresywnych wilkołaków ludność napływowa zaczęła je tępić. Ekspedycje badawcze na Numenorze w czasach już nowożytnych przybywały ze zbrojnym ludem i Magami. W dodatku dzikie wilkołaki urządziły kiedyś rzeź. Zginęło wielu z nich, a Cetoe Retheis na długie lata przestał się ujawniać. Pojawił się teraz, po naszym przybyciu i osiedleniu na Valfden, na Numenorze. Złożył mi wizytę przedstawiając się jako Cetoe Retheis. Tak mówili na niego tubylcy. Cetoe Retheis. Człowiek Wilk. Chociaż nie wypowie mi otwarcie wojny nie uznaje obecności Wampirów w tych rejonach.
Szarleǰ:
Kruk rozglądnął się bezwiednie po okolicy. Kilka godzin jazdy w siodle praktycznie bez ruchu dawało się mocno we znaki, a obrażenia odniesiona podczas ostatniej walki również nie pomagały. W ramieniu wciąż odczuwał uciążliwy ból. Gdyby tego było mało, rozbolała go głowa. Z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Z początku nastała lekka, nawet przyjemna mżawka, która w kilka chwil później przerodziła się w prawdziwą ulewę. Krople zderzały się z ziemią, liśćmi drzew, z wozem, z żelazem, ostatecznie z głowami towarzyszy. Po chwili kruk jak i reszta kompanii był już cały przemoczony. Widoczność była niemal zerowa, a grobowy nastrój panujący teraz wśród członków drużyny nie polepszał sytuacji, co spowodowało, że Peanut chciał opuścić to miejsce.
- Kiedy się skończy ten przeklęty las? Skierował pytanie do Gunsesa i pomimo, że jego ton był spokojny, czuć w nim było rozdrażnienie i zdenerwowanie.
Gunses:
- Cierpliwości - rzekł Gunses spokojnie. Kolumna jechała lasem cały czas, mijając wielkie sosny, dęby i graby. Liście spoczywające na ziemi szeleściły nawałnicą kropel deszczu. Dalej były mniejsze drzewka, później okolica zaroiła się od krzewów i małych brzózek. Las się kończył. Wiodący z niego trakt prowadził wprost na klifową równinę nad morzem. Uderzenie morskiego wiatru spotęgowało ulewę. Od morza ciągnęło przenikliwe zimno, a wilgoć w szybkim czasie spowodowała odrętwienie ciał. Gunses wyjechał na przód. Kilka kilometrów przed sobą dostrzegł oświetloną zaklęciami światłą dracońską świątynię.
- To jakieś 2 godziny drogi. Wytrzymajcie - rzekł Gunses do kompanii po czym ruszył szybciej w kierunku świątyni. Dobre podłoże sprawiło, ze wóz potoczył się również szybciej.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej