Tereny Valfden > Dział Wypraw

Mądrość i Prawda

<< < (65/74) > >>

Gunses:
- Doprawdy? Silni przeciwnicy? - rzekł z nieukrywana ironią Gunses - Wilkołaki są tak samo potężne jak Wampiry. Tylko i wyłącznie dlatego wojny toczone między naszymi rasami trwały tyle stuleci. Niektórzy z was jednak nie zauważyli tej potęgi - rzekł po czym podszedł za Peanutem do Domenica
- Zwykły opatrunek wystarczy, czy potrzeba czegoś mocniejszego? Gdzie dostałeś?

Altair:
Wojownik nie podziękował Gunsesowi, pogładził twarz i pomrugał dłuższy czas okiem.
- Ha, nowe blizny - rzekł z dumą. Twarz Altaira była teraz szpetniejsza o wyrwy po kłach potwora na czole i kości policzkowej. - Oko jak nowe, rany się zabliźniły.
Nie był wcale niewdzięczny. Nie oczekiwał podziękowań za pomoc w drużynie, bo uważał to za coś zupełnie naturalnego. Uważał to za równe dziękowanie kołu, że się toczy. Działało to w drugą stronę - skoro nie oczekiwał podziękowań, dlatego też nigdy nie dziękował. Choć był wdzięczny. Odszedł dosyć daleko, tam, gdzie zostawił swego konia. Przed walką jechał w ariergardzie, więc jego klacz była cała i zdrowa. Z dłonią zaciśniętą na wodzach swego wierzchowca przybrnął do reszty drużyny.
- Proszę, ja mogę maszerować - rzekł spokojnie, po chwili podszedł do krasnoluda. Napiłbym się, ale nie wolno, pomyślał twardo. Nie zważając na stojącego obok Peanuta, który pytał, jak debil, zamiast działać:
- Daj to, niezdaro - wyrwał z rąk Domenica niechlujnie porwany strzęp materiału. - Tym się chcesz opatrywać? Ech... - westchnął. Pewnym ruchem wydobył z kieszeni sztylet i po chwili znalazł się nieopodal truchła woźnicy. Koszula była cienka, za to spodnie z garbowanej skóry. Odciął więc kilka podłużnych pasków, bardzo równo i starannie. Większość schował do kieszeni, drugi natomiast trzymał w dłoni. Podszedł do krasnoluda i widząc już, że ten wyciąga dłoń, bo "sam sobie poradzi", uprzedził go - dawaj tu tę łapę, boś niedorajda - rzekł żartobliwie. Obwiązał mocno kończynę powyżej punktu krwawienia. - Za niecałą godzinę zdejmiemy, by zapobiec martwicy. Ranę obwiążę ci tym - od woźnicy "pożyczył" również grubszy płat koszuli. Postarał się wcześniej oczyścić go z pyłu. - No widzisz, po kiego się męczysz samemu zamiast powiedzieć towarzyszowi. Co to, u was krasnoludów wstyd? - zapytał pół żartem, pół serio.

Szarleǰ:
Peanut spojrzał na Gunsesa z uniesioną brwią po czym w odpowiedzi na jego ironiczny i - mogło by się wydawać - złośliwy ton odrzekł:
- Może i ich siła nie przewyższa twojej, jednak pozwól zauważyć, że tutaj czują się jak w domu. Jest ich więcej. Gdyby faktycznie wrócili, z pewnością było by ich więcej niż ostatnim razem. Może się mylę, ale kiedy rzuci się na ciebie kilka wilkołaków rozszarpią cię, a ty ani nie pierdniesz. Podobnie jak my wszyscy. Ja w każdym razie nie widzę najmniejszego sensu tkwienia tutaj i czekania aż przyjdą pożreć nas na kolację - proponuję zabierać się stąd czym prędzej, bo w innym wypadku nasza misja może zakończyć się tutaj. Powiedział. Mimo, że jego słowa mogłyby wskazywać na to że się boi, w jego głosie nie dało się odczuć strachu, a przemawiał przez nie jedynie zdrowy rozsądek.

Hagnar Wildschwein:
  Krasnolud jedynie skłonił się kiedy Altair pomógł mu z opatrywaniem rany.
  Jak już wszystko wróciło do jakiej takiej normy, a on siedział już przy lejcach wypadało wyruszać w dalszą podróż.
-Wio!- cmoknął i potrząsnął lejcami. Wóz drgnął i począł się wolna toczyć.

Gunses:
Gunses wsiadł na swą karą klacz, która po całej zawierusze podeszła do niego. Spojrzał na Peanuta wzrokiem wypranym z emocji
- Nie zaatakują nas. Cetoe Retheis nie ma pod sobą żadnego klanu zdolnego do wystąpienia w otwartą walkę z mym Sabatem - rzekł do człowieka - Całą wyprawę mówisz o tym, żeś młody. ÂŻe przed Tobą całe życie, że chcesz wszystkiego spróbować. Dopytujesz się o ojca, nie znając jego historii. Nie znając swej historii, nie znasz swej przyszłości. I nie rób z siebie w tym gronie specjalisty od Wilkołaków, bo za takiego nie uchodzisz. Wilczy Jar to dla nich symbol ich dawnej potęgi. To nie przypadek, że tutaj przyjechaliśmy. Spodziewałem się zastać ich tutaj. To, że był tu sam Retheis tylko wszystko urozmaica - po czym ruszył wraz z wozem na którym siedział Aerandir. Wóz przyjemnie turkotał na kamieniach, po pewnym czasie jamy i nory skończyły się. Kamienne ściany zmalały, wąwóz miał swe ujście w lesie. Starym i potężnym. Drzewa rosły tu z rzadka, za to osiągały monstrualne wielkości. Był to las mieszany jednak w większości składał się z drzew liściastych. Potężne dęby i graby patrzyły na nas setkami dziupli. Czuć aż było mistyczną aurę tego miejsca. Jakoby nadal słychać było tutaj kroki pierwotnych Elfów, opiekunów puszczy i ciche modły Druidów...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej