Tereny Valfden > Dział Wypraw

Mądrość i Prawda

<< < (54/74) > >>

Altair:
Altair zapatrzył się daleko w horyzont, zmrużył oczy.
- A ja - podjął cicho - w ogóle nie lubię wracać.
Jego słowa świadczyły dobitnie o tym, co miał na myśli, tłumaczyć więc ich nie miał zamiaru. Cisza trwała denerwująco długo. Przerwał ją Altair, nie dlatego, że go denerwowała, ale musiał trochę pomyśleć.
- Wiesz, prawie nigdy nie walczyłem sam. W końcu jak mógłbym walczyć w czyjejś obronie za czyjeś pieniądze sam na polu bitwy? Chodzi mi tu raczej o szersze znaczenie. Wilki, jak może ci wiadomo, to są zwierzęta stadne. Tak naprawdę samotnych wilków w przyrodzie, pośród zwierząt nie ma. Ale pośród ludzi owszem. Może i walczę tutaj z wami, ale jutro pojadę gdzieś i będę walczył z kim innym. Całe moje najbliższe otoczenie wymienia się regularnie, dlatego nie przywiązując się do nikogo pozostaję takim wilkiem. I wcale nie jest to ani smutne, ani złe. Taki po prostu jestem, cóż.

Szarleǰ:
- Rozumiem. Odrzekł krótko. Po chwili namysłu dodał:
- Ludzie są różni... nie tylko ludzie, zresztą. Dodał szybko, na znak tego, że uwzględnia różnorodność charakteru również u krasnoludów, czując na plecach przeszywające spojrzenie Domenica. - Ja chciałbym na starość mieć u boku grupę zaufanych ludzi, którzy zawsze będą gotowi pomóc w potrzebie choćby się mury waliły. Mam nadzieje, że nie umrę zapomniany, a mój grób, o ile taki będzie, nie zostanie zarośnięty mchem i chwastami. Chciałbym przede wszystkim coś w życiu osiągnąć, by ludzie słysząc moje nazwisko wiedzieli o kogo chodzi. Póki co, robię swoje i jestem tu gdzie jestem. Na wielkie, pamiętne czyny, o mnie ballady śpiewane w karczmach i inne tego typu rzeczy przyjdzie jeszcze czas, którego - jak wszystko dobrze pójdzie - mam jeszcze dużo. A jeśli dobrze nie pójdzie, to chyba nie będę się już tym przejmował.

Gunses:
Całonocna podróż borem chyliła się ku końcowi. Gdzieś daleko za lasami słychać był grzmoty. Grzmoty? W powietrzu zwiększyła się wilgoć. Każdy czuł, że znajdujemy się już blisko morza, które o tej porze roku bywało wzburzone. Stąd te grzmoty. Fale morskie rozbijały się na skalistych brzegach wzbijając całe chmury drobnych kropelek. Ale morze było jeszcze przed nami. Jednakoż zmieniła się topografia terenu. Jar, którym jechali, coraz bardziej zionął kamieniami, popękanymi skałami. Boki wąwozu coraz częściej usiane były skałami. Po kilkunastu minutach Gunses zatrzymał się i obrócił konia. Patrzył na prawy bok jaru, w którym przez setki lat swoisty korytarz w skałach wyrzeźbiła woda kiedyś tu płynąca. Szerokość mniejszego wąwozu wynosiła jakiś 5-6 metrów a jego wysokość przewyższała przyzwoicie postawiony dom. Kamienie zdobiły szlak. Były małe i obłe, co rokowało pomyślą jazdę razem z wozem, na którym był dobytek kompanii. Z wyższych partii małego kanionu wystawały korzenie drzew, które porobiły w skale duże pęknięcia. Słońce lekko rozwidniło otaczające tereny, jednak były to ostatnie jego promienie w tym roku. Zaczynała się zima. Była lekka mgła, która wypełniała wąwóz wijąc się między zwiędłymi chwastami.
- Jar którym dotąd jechaliśmy ciągnie się jeszcze kilkanaście kilometrów. To jedyny najszybszy wyjazd z niego na jaki możemy sobie pozwolić jadąc z naszym wozem. Kanion ciągnie się kilka kilometrów, dalej przechodzi w stary i potężny las, który zaraz później kończy się równiną nad brzegiem morza. Stamtąd będzie już blisko do dracońskiej świątyni i nie nadłożymy drogi - rzekł Gunses. Po czym wskazał aby kompania ruszyła. Sam podjechał z wolna do Altaira i jedzącego u jego boku Peanuta
- Nie potrzebne nerwy Altairze. Nie znamy się, każdy może mieć inne wyobrażenie o każdym z nas. Racz zwrócić uwagę, że wypowiadając słowa brałem nie Ciebie pod uwagę, ale cała ludzką rasę. Zważ, że Elfy czy Ludzie bardzo często zaskakują mnie. Miło widzieć wśród nich wyjątki, które odbiegając od reguły zwykły postępować godnie. Takich zaprawdę szanuję. Jednakoż większość was, ludzi, jest jednym wielkim... - Gunses szukał synonimu do słowa "skurwysyństwo" - skurwysyństwem. - dokończył nie znajdując odpowiedniego słowa - Nie zaprzeczysz. Człowiek, który żyje już pół wieku nie powinien zaprzeczać. A co do mojej wypowiedzi. Nie mam zamiaru was pouczać, ani komukolwiek prawić morałów. Wolałem jednak, abyście przerzucili swą frustrację na mnie, niż na któregoś z naszej kompanii.
- Peanucie, jest w Twych słowach ziarno prawdy. Odnośnie tego, że hmm pozwól że zacytuję "zwyczajnie jako potężny wampir gardzę innymi rasami". Bez wątpienia. Szanuję jednostki. Osoby, które wyróżniły się czymś szlachetnym i godnym w mojej ocenie. Nigdy jednak nie schylę czoła przed całą rasą. To tak, jakby będąc w karczmie otwarcie uważać, że każde piwo jakie nam podadzą będzie równie mocne. Należy więc, w mym mniemaniu być koneserem. Gardzić ogółem, w poważaniu mieć jednak wyjątki.

Altair:
Altair powoli ważył słowa wampira. W końcu rzekł:
- Tak... ludzie. Na pewno to w większości skurwysyństwo. ÂŻyję krócej od elfa i wampira, ale widziałem na pewno o niewiele mniej. Swoją frustrację przerzuciłem na ciebie, bo ty ją we mnie wzbudziłeś, wampirze. I tak, ludzie to skurwysyny. Elfy również. Masz rację... po części. Bo według mnie - powiedział dosadnie - cały świat to skurwysyństwo. A pod tym, że trzeba gardzić ogółem, a szanować wybitne jednostki mogę podpisać się obiema rękami i nogami, uszami nawet jeśli potrzeba. Jednak według mnie, wybitności jednostek należy doszukiwać się nawet w niewielkich rzeczach. Dla mnie wszyscy, którzy zginęli w obronie mojej ojczyzny, ale nie dlatego, że im kazano. Chociaż i faktycznie, mogli uciekać. Zginęli, bo drogi im był ich własny dom. Człowiek, który potrafi zginąć za ideały, jakkolwiek nie byłyby one niedorzeczne, jest w pewnym stopniu jednostką wybitną. Tfu, co ja gadam. Nie można być wybitnym "w pewnym stopniu". Chociaż śmierć nie jest koniecznym ku temu warunkiem. Gotowość do śmierci, hmm. W pewnym stopniu ona mnie motywuje. Kiedy jednak nie mam już ojczyzny, nie mam rodziny, przyjaciół, nie mam niczego. Za co mogę walczyć? Został mi tylko honor i kilka elementów światopoglądu... takich moich widzimisię, chyba tylko one mi pozostały. I za nie będę walczył, bo nie mam za co innego.
Spojrzał głęboko w oczy wampira.

Gunses:
Ujrzał zimne niczym lód i czarna jak smoła oczy, z których nie można było niczego wyczytać.
- Dokładnie o tym mówię. Nie szanować mas, jednak osoby, które w naszym przekonaniu na to zasługują. Wszak i mój szacunek wzrósł dla wszystkich tych, którzy wzięli udział w obronie Valfden podczas kampanii wojennej Meaneba. Oni walczyli o swą wolność, o swą ziemię, o spokój dla swych rodzin, dla żon i pociech. O spokojną śmierć. Walczyli o Valfden. Dla mnie, walczyli o Numenor. O państwo, którego nie znałem, ale które jest mi, Wampirowi, bardzo bliskie. Niektórzy zdezerterowali, inni zwyczajnie dali się zabić nie próbując zmierzyć swego żelaza z żelazem przeciwnika. Ci, którzy stanęli w szeregu, którzy ruszyli na wroga zasłużyli na mój szacunek. Bo w tym czynie dostrzegam heroizm, który lubię. Pomimo przeważającej siły wroga stanąć w szeregu, ramię w ramię z innymi i walczyć. Każdy o swoje własne idee, cele, wartości....

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej