Tereny Valfden > Dział Wypraw
Mądrość i Prawda
Szarleǰ:
Moja matka zmarła przy porodzie. Jedyne co nam po niej zostało to tylko kilka starych sukni w szafie, których ojciec za nic nie chciał wyrzucić. Gdy tylko dostałem wieści, że zmarł wszystko sprzedałem, żeby móc jakoś przeżyć. Teraz trochę żałuję, że nic mi po nich nie zostało. Jedyne co zostawiłem to miecz, który ojciec mi podarował na 16 urodziny jednak kiedyś, gdy pracowałem u alchemika wyruszyłem z nim podróż do pewnego maga - samotnika. Dziwny z niego był typ, pamiętam tylko, że gdy byłem młody zapominałem momentami o kulturze i dobrych manierach, pewnie nie ja jeden. Zaśmiał się. - W zamian za to, że wszedłem nawet nie pukając, do jego mieszkania, podczas gdy alchemik rozładowywał powóz z kilku paczek mikstur, które mieliśmy przywieść owemu magowi, ten potraktował mnie na wejściu jakimś zaklęciem. Szczęście miałem przeogromne, że trafił nie we mnie, a w ten miecz u mojego boku, pozostawiając z niego jedynie garstkę popiołu. Inaczej bym tu z wami nie jechał. Ale i tak szkoda. Powiedział z żalem do Altaira. - Ogólnie mówiąc po moich rodzicach nie zostało mi nic. W Myrtanie nie miałem już czego szukać. Byłem bez domu, pracy. Postanowiłem więc wybrać się tutaj, do Valfden i spróbować swoich sił jako wojownik, nawet najemny. Podczas swojego życia zabijałem już nie raz. Jako pomocnik kupca nieraz musiałem pomachać mieczem, aby ochronić towar przed zbójami i złodziejami. Delikatny też nie jestem. Tak to wygląda...
Po tych słowach zwrócił się do Gunsesa który wyraźnie był zniesmaczony całą rozmową.
- Toć nie skaczemy sobie do gardeł, ani też nikt się z nas nie wywyższa. Rozmawiamy. Nie rozumiem wobec tego, co w naszym zachowaniu ci nie odpowiada... może to nie chodzi o samych nas, ale o to, że zwyczajnie jako potężny wampir gardzisz innymi rasami? Bądź co bądź, wszyscy powinniśmy się trochę bliżej poznać, gdyż coś mi podpowiada, że nie będzie to nasza ostatnia wspólna wyprawa. Milej, Gunsesie by było, gdybyś zamiast jechać z przodu i marudzić przyłączył się do rozmowy. Po tych słowach ponownie zwrócił się do jadącego wciąż u jego boku Altaira
- A ty? Jak to się stało, że tutaj wylądowałeś?
Altair:
Tony Altaira i Peanuta były coraz bliższe sobie.
- Mnie, Silverhold, nigdzie nic nie trzymało. Ani Myrtana, ani Varant, ani Nordmar, gdzie króciutko również zawitałem. Nie trzymało mnie Torgon, nie trzymało mnie, słowem, nigdzie nic. Toteż i tutaj nic mnie nie trzyma, może i jutro zwieję stąd by dożyć swego marnego końca gdzie indziej, co? Ale, widzisz. Moja matka również zmarła przy porodzie. Szczęście, nie moim, pięćdziesiąt lat temu, a mojej siostry. Kurwa...
Mina Altaira straszliwie zrzedła. Spojrzenie Peanuta niemal wrzeszczało "co się stało?".
- Nie pamiętam, jak ma na imię moja siostra. Ha! - zaśmiał się ponuro - taa... już wiem, przypomniałem sobie. Kennayah. Ma teraz dwadzieścia sześć lat. Chyba, że nie żyje. Ale może żyje - wzruszył ramionami - Stary Silverhold nic nie wspominał o innych dzieciach, domyślam się więc, że jesteś jedynakiem. A mnie, szczerze powiedziawszy, rodzeństwo przestało obchodzić, kiedy stali się już dorośli. Ja sobie poradziłem, to i oni - łgał. Prawda co do ich rozstania była zupełnie inna. Jednak co do stosunku Altaira do nich, faktycznie, był zupełnie indyferentny.
Szarleǰ:
- Może kiedyś, przez jakieś zrządzenie losu, zbieg okoliczności dane ci będzie się z nimi spotkać. Powiedział, zachowując powagę jakiej wymagała sytuacja. - Poza tym, patrząc na ciebie, nie wierzę, że mógłbyś mieć w rodzinie kogoś kto nie dał by sobie rady, nawet w tym okrutnym świecie. Uśmiechnął się rozluźniając nieco atmosferę. - Mnie, prawdę mówiąc, zawsze brakowało rodzeństwa. Jakiegoś starszego brata, szczególnie po śmierci ojca. Ktoś pewnie chciał, abym musiał radzić sobie sam i nauczyć się nieco życia. może kiedyś się okaże, jakie to było przydatne doświadczenie. Póki co znalazłem się tutaj i nie wybieram się nigdzie. Chociaż, gdybyś ty się gdzieś wybierał i szukał towarzysza do podróży możesz dać znać! Zażartował.
Altair:
Altair uśmiechnął się krótko i rzekł, mrużąc oczy:
- Bogowie, chrońcie mnie przed przyjaciółmi. Z wrogami sam sobie poradzę - spojrzał Peanutowi w oczy badawczym wzrokiem. Zastanawiał się, czy zrozumiał. - To jest właśnie piękne, że podróżując samemu zawsze i wszędzie, nigdy i nigdzie nic nie będzie cię trzymało. Być jak taki, hmm... - zamyślił się - samotny wilk! Jak wilk. Taki byłem i zawsze było dobrze. Ale z drugiej strony - ja nie miałem starszego brata, a w wieku siedemnastu lat już się usamodzielniłem. Do ojca najchętniej bym się nie przyznawał. Moja matka, niech jej ziemia lekką będzie, większe miała jaja od tego patałacha.
Szarleǰ:
Silverhold zamyślił się przez chwilę po czym spojrzał na Altaira i odrzekł.
- Wiesz, może mamy nieco inne charaktery, ale mnie samotne, dalekie podróże zwyczajnie nudzą. Poza tym, w razie czego, co dwa miecze to nie jeden. "Samotny wilk", dla mnie jedyną tego zaletą jest ładne brzmienie, poza tym widzę same negatywy. Ale jak już mówiłem, jak kto woli. Kruk rozglądnął się bezwiednie po okolicy.
- Na ten przykład, gdybym wędrował teraz tędy sam, nie mając do kogo nawet gęby otworzyć zwyczajnie bym ocipiał. Albo bym wypił sporą ilość piw, miodu czy innych trunków, żeby mi się to "ciekawiej" podróżowało, a przy odrobinie szczęścia, lub raczej nieszczęścia zza krzaków wyskoczyłby choćby wilk i zjadłby mnie na kolację. Poza tym, ja Altairze lubię mieć do czego wracać.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej