Tereny Valfden > Dział Wypraw
Mądrość i Prawda
Hagnar Wildschwein:
-Ionhar nie był zbyt wylewny. Z resztą nie widziałem go już po tej wyprawie, bo wysłał jedynie list.- rzekł krasnolud i wytężył pamięć. Aż wóz zatrzeszczał...
-Nu, nie widziałem go... Napisał tylko, że Stokłos straszna kurwa, a Kupidyn robi w gacie i trzeba mu posłać kilku ludzi coby tamtych z góry uspokoić. Talentu wychowawczego to przyznam, że nawet ja takiego nie mam jako wy panie Flamel... Ale żeby całe dwie wsie puścić z dymem? No i niewinnych bandytów po traktach rozgrzeszać? Ach sprostujcie mnie jeśli łgam, boście nie byli łaskawi ni słowa powiedzieć coście nawojowali- głosem bajarza lub kaznodziei wręcz wyrzekł krasnolud.
-Takem się pytał miejscowych plotkarek i tego co po karczmarz gadają nasłuchał... Lecz kto by takim gadaniom wierzył, chyba tylko krasnolud przed wyruszeniem na szlak...
Dragosani:
Flamel zaśmiał się. Nie była to chyba odpowiednia reakcja na wzmiankę o spaleniu dwóch wiosek, ale cóż.
- Dobrze więc. Zaczęło się od tego, że wraz z Ocianem udaliśmy się do Chylicy Dolnej. Sołtys tamtejszy, Kupidyn, rzeczywiście robił w gacie. Jego zdaniem cała wina leżała po stronie Górnej. Nawet nie wspomniał o bandytach, dopóki nie zapytałem go o to. Nawet wtedy wyraźnie nie odpowiadał mu ten temat. Tak więc postanowiliśmy odszukać tych zbirów. Cóż... nie powiodło się to. Byli dobrze ukryci i nie chcieli chyba byśmy ich znaleźli. Lecz w drodze spotkaliśmy Peanuta, Zeyfara i Masa. Zaproponowali że znajdą bandytów i wkręcą się w ich szeregi, by robić za szpiegów. Poza tym dowiedzieliśmy się od nich, że Stokłos nie jest zbyt chętny do udzielania informacji i ogólnie skurwiel z niego. Gdy z Ocianem wróciliśmy do Chylicy Dolnej, wsióry szykowały się do ataku. Wyruszyliśmy wraz z nimi i, jak to barwnie określiłeś, puściliśmy z dymem wioskę Górną. Jak na złość po bitwie zaatakowali bandyci. Widocznie zaczaili się w krzakach. Wybiliśmy ich, ale mało kto przeżył z Dolnych Chyliczan. Wróciliśmy do ich wioski i... przywitano nas rzutami warzyw i oskarżeniami o morderstwo. Schroniliśmy się więc w chacie sołtysa. Tam znaleźliśmy jego zwłoki. Ktoś zabił drania. Była też sakwa ze złotem, ale to nieważne. W końcu udało nam się przebić i uciec z wioski, dzięki poświęceniu Ociana. Na pożegnanie rzuciłem zaklęcie z tłum wieśniaków. Z tego co wiem większość przeżyła, podobnie jak przetrwała ich wieś. Tak więc z dymem puściliśmy jedną wioskę tylko. - opowiedział nie robiąc przerw. Po całym monologu odetchnął cicho.
Szarleǰ:
- Chylica górna, czy dolna, jeden pieron. Rzekł Peanut po czym uśmiechnął się wymownie do krasnoluda. - Obie wioski jak i obu sołtysów to zwykłe skurwysyny rządne władzy i pieniędzy, nic poza tym. Zamyślił się przez chwile. Zanim ktokolwiek zdążył mu odpowiedzieć zwrócił się do krasnoluda.
- Szczerze, na początku wydawało mi się, myślę zresztą, że podobnie jak tobie, iż bandyci to jakaś tam "właściwa strona". Okazało się jednak, już na samym początku, że sami chcą jedynie zgarnąć pieniądze wieśniaków i dążyli do tego celu "po trupach". Nie grało roli ilu z tych "niewinnych" wieśniaków zginie, ważne były pieniądze. I jak zwykle to góra decydowała o wszystkim i posłała na rzeź podwładnych doskonale zdając sobie sprawę co może ich czekać. Ten wielce poszkodowany Kupidyn wysłał ludzi do walki sam ukrył się jak tchórz w domu czekając na wynik bitwy. Szczerze, to ucieszyłem się na widok jego truchła. Wykrzywił usta w wyjątkowo wyrafinowanym grymasie, mającym przypominać uśmiech. - Niemniej jednak uważam, że cała ta sytuacja dała nauczkę na przyszłość. Szkoda tylko, że niektórym już się do niczego nie przyda, bo nie dla nich jest przyszłość. Po tych słowach odetchnął, po czym zwrócił się do reszty kompanów odpowiadając na wcześniej poruszony temat.
- Nigdy nie zamierzałem porzucić mojego miecza, czy też łuku na rzecz magii. Sztuka władania bronią białą może iść w parze z magią, a najlepszym tego przykładem jesteś ty Altairze. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że twój wiek pozwala na zdobycie różnych ciekawych umiejętności i poszerza wachlarz możliwych kombinacji. Jednakże prócz doświadczenia liczą się także chęci. A z racji tego, że mam nie tylko chęci, ale również szybko przyswajam wiedzę, zwyczajnie chciałbym zwiększyć swoje kompetencje... w końcu zajmuję się wojaczką, a więc nie chciałem zginąć gdzieś w ogniu walki i nawet nie zostać należycie pochowany - a magia z pewnością zwiększała by moje szanse, nie tylko na przeżycie, ale też na stanie się na prawdę potężnym. A tobie, Zelerisie dziękuję za informację. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, po powrocie spróbuję szczęścia w gildii jeszcze raz.
Hagnar Wildschwein:
-Nu to co ja powiedzieć więcej mogę? Dobrzeście wybrnęli z tej przysłowiowej ciemnej, zawszonej, orczej dupy i przy okazji grosza pouczyli...- powiedział z zadowoleniem krasnolud.
Altair:
Altair zaśmiał się cicho sam do siebie. Z ojcowskim niemal uśmiechem zmierzył większość rozmówców.
- Domenicu, ja, do cholery, chętnie zamieniłbym te czary na brodę! - uśmiechnął się w kierunku Zelerisa, ku zresztą wielkiemu wszystkich zaskoczeniu - wy, młodzi, to magię traktujecie jak sztuczki cyrkowe, albo jakiś przywilej. Nie myśleliście nigdy, jaki to zaszczyt móc władać taką potęgą, którą można zarówno niszczyć wszystko dookoła, jak i tworzyć w zasadzie... piękno? Jak to wspomniał pan Flamel, powinniśmy zachować do magii respekt. Szacunku moglibyśmy uczyć się właściwie od krasnoludów, choć ten tutaj - skinął brodą na Domenica - jest dosyć... nonkonformistycznym przedstawicielem swojej rasy. A ja swego czasu powiedziałem takiemu magowi, w Myrtanie to chyba jeszcze było jakem pewnie gdzieś w waszym był wieku, Silverhold. Miecz nie potrzebuje mikstury, by dobrze ciąć, ani formułki, by wydobył się z pochwy. Mimo wszystko wciąż aktualne pozostają słowa pana Flamela. Silverhold, wiesz, że prawdopodobnie twój ojciec tak zginął. Ugodzony ciosem wroga gdzieś pod łopatkę, skonał, wykrwawił się na śmierć. Jeśli nawet go pochowali, to w zbiorowej mogile. Znałem tysiące takich ludzi, naprawdę tysiące. Wierz lub nie, ale zdecydowana większość łapiących za ostrze tak właśnie ginie. Zapomniani. Ale kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Może i mnie masz, ha, może macie mnie wszyscy za takiego, co tylko mieczem potrafi machać, a cała wiedza mu niepotrzebna. A Silverhold to już na pewno, ale znacie może taki utwór, napisany bardzo, bardzo dawno temu w odległym kraju, posłuchajcie, ekhm... - Altair odchrząknał, splunął, przełknął ślinę i wyprostowawszy się, podjął donośnym głosem, dbając o odpowiednie tonowanie i dykcję:
"Młodemu wszystko przystoi,
Kiedy go Ares powali i ostry spiż go przeorze.
Piękny jest, nawet gdy zginie, gdziekolwiek ciało odsłoni.
Ale gdy brodę zbielałą, włos siwy i ciało sędziwe
Psy głodne kłami poszarpią i starca bezwstyd obnażą -
Nie ma straszliwszej niedoli od tej dla ludzi śmiertelnych."
- Dlategóż, dla młodych, taka śmierć to żaden dyshonor. Ale nie dla mnie już. A wtedy... mnie od takiej śmierci mogły dzielić nawet dwie sekundy, ale żyję, jak widać. Nieznajomy wróg jakiś, co go zwą losem, uchował mnie od takiej śmierci, ha! A blizna, mości panie Flamel i reszto, blizna, powiadam, na bliźnie na mym ciele. Wszędzie... prawie. - Uśmiechnął się chytrze. Miał zamiar pogonić konia i jechać w awangardzie, jednak pozostał, by chwilę jeszcze porozmawiać.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej