Tereny Valfden > Dział Wypraw
Mądrość i Prawda
Hagnar Wildschwein:
-Cichaj, cholera jasna i sto gobilińskich pederastów! Myśli do kupy zebrać nie można jako jeden krzyczy przez drugiego, a co kolejny to durniejszy!- rzucił krasnolud z pozorowanym oburzeniem, bo rozmowie przysłuchiwał się zaledwie od minuty. Ze snu wybudziła go nie jednak obelga Altaira, a to, że kilka suchych gałęzi strąconych przez wystraszonego, niewielkiego ptaka wylądowało na jego brzuszysku.
-Nu tak, ale co brodacz pieprzony wiedzieć może kiedy on ci nigdy czarować nie będzie- zamknął się na kontry Domenic.
Dragosani:
- To że "nie wyglądasz na takiego", nie wyklucza takiej możliwości. Nie powinno oceniać się osób po wyglądzie. Nie dziwi mnie, że opanowałeś te szkoły. - odparł Flamel, odwracając się ku Altarowi. - Jesteś w końcu już dość... - ugryzł się w język by nie powiedzieć po prostu "stary". -... doświadczony życiowo. - zakończył zdanie. - Z pewnością miałeś wiele okazji do nauki Sztuki. - dodał. Uśmiechnął się lekko, słysząc słowa Domenica. Zaczynał lubić tego krasnoluda.
- Krasnoludzie, nie przejmuj się swoją niewiedzą w kwestach magicznych. Tako jako ty nie będziesz nigdy czarować, tako my nie będziemy mogli pochwalić się tak okazałą brodą. - odpowiedział z uśmiechem.
Hagnar Wildschwein:
-Do tegom zmierzał panie magu!- skłonił się krasnolud.
-Mości Zelerisie, wybacz mi te słowa lecz tak mnie pierońsko siedzi to na duszy i wyrzec muszę... Wiedziałem ci ja, że ciężko będzie Chyliczan uspokoić, a i ryzyko to przekazałem. Rad byłem, że ktoś waści pokroju tam ruszył, bom i ja obawę miał, że podróżnikom nie będzie dane powrócić. Jednakem miał zapytać to już pytam. O co tam do kurwy poszło?
Dragosani:
- To co zwykle. - odpowiedział mag po chwili zamyślenia. - Skurwysyństwo i chciwość. Te połączenie zawsze doprowadza do konfliktów... - dodał. Znów się zamyślił po czym rzekł jeszcze. - Hmm... nie zdziwiłbym się, gdyby w tą sprawę był też zamieszany jakiś chłop, który za bardzo polubił krowy z sąsiedniej wioski. - po chwili sam zadał pytanie. - A ten cały Ionhar, nic nie mówił o powodach wojny?
Anv:
Anvarunis przysłuchiwał się rozmowie kompanii. W pewnym momencie pospieszył konia i zrównał się resztą grupy.
- Taki ja na przykład. Znam część magii Lindangol, lecz i zapewne bez niej bym się obszedł. Wiem co obecnie czujesz. Sam gdy jeszcze nie znałem nawet krztyny tej sztuki, marzyłem aby stać się takim jak ci magowie, których widywałem spacerujących po rynku. Tak jak zapewne i tobie Peanucie, tak mi magia wydawała się czymś co wzbudzało respekt i szacunek. Jednak gdy zgłębiłem część jej zaklęć, stwierdziłem że to nie jest droga dla mnie. Oczywiście jest ona ogromną pomocą i ułatwieniem w życiu. Zapewne nie chciałbym z niej zrezygnować, lecz nade wszystko cenię sobie jednak moje ostrze. Bowiem na broni przypiętej do pasa czy pleców, praktycznie zawsze możesz polegać. Szczerze ufam iż jeśli odpowiednio się postarasz, to dostaniesz się do Gildii. Nie rezygnuj jednak z tego co trzymasz przy boku. - zakończył wywód Anv, w pewnym stopniu sam zaskoczony swoją wypowiedzią. Nie był przecież jakimś doświadczonym człowiekiem, mimo wszystko mógł być dumny ze swojej wypowiedzi.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej