- Nie... Nie Ty, Ainurze... i nie Ty Proglanie - Rozpoznał was, chociaż byliście w maskach. Metalowa rękawica przyciągnęła do siebie łańcuchy. Uniosła dłoń, wyprostowała palec wskazujący. Lekko drżącym palcem wskazała na Domenica - I nie Ty, Domenicu, Synu Zigrina... - palec przeleciał przez osoby Mantosa i Elronda. Głos był coraz silniejszy - Również nie twoje mistrzostwo w łuku Mantosie, ani magiczna aura twego brata, Elronda, mnie nie obudziły... Nie... Nie Wy... - zamilkł. Dłoń bezsilna opadła na oparcie tronu, hełm opadł na pierś. Wydawało się, że był zawiedziony.
Gunses kroczył powoli, zmierzając do już sporego zbiorowiska. W między czasie, zdjął i tak nie potrzebny w świątyni kaptur. Powoli podchodził do zgromadzenia, wyłonił się z z mroku. Wtedy to zbroja drgnęła. Głowa i palec uniosły się automatycznie. Metalowi kikut wskazywał czerń za Elrondem, gdzie po chwili pojawiła się twarz Cadacusa. Zbrojna ręka zaczęła drżeć bardziej. A głos wyrwał się spad hełmu z mocą i barwą
- Tyś to jest... Tyś jest Tu i Teraz! - rzekł wskazując na Wampira. Miecze, sztylety i topory zawirowały, ich głownie pochyliły się w ukłonie - Nigdym nie wierzył, że doczekam tej chwili... Wybacz, o Panie, że nie padnę przed Twym obliczem, lecz starość nie pozwala... - opuścił dłoń, lecz szpary w hełmie cały czas wpatrywały się w twarz Gunsesa, która była jak z kamienia. Wampir rzekł
- Kim jesteś...?
[i dowiecie się jutro <ziewa2>]