Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Rodzinne interesy

<< < (9/11) > >>

Raymund:
- Pyta, bo od tego ma szczękę - odparł, jednocześnie chwytając lewą dłonią za sakiewkę, a prawym łokciem wyprowadzając uderzenie do tyłu, które może nawet i trafiłoby kogoś, kto do owej sakiewki, trzymanej z prawej strony pasa, się dobierał. Nie lubił być okradany.

Dragosani:
Raymund poczuł jak łokieć uderzył o coś miękkiego, po czym nacisk na jego sakiewce ustał. Kieszonkowiec czmychnął, zanim mężczyzna zdołał zorientować się kim on był. Zapewne wtopił sie w tłum, aby szukać innej ofiary. Tymczasem zapytany żulek próbował odpowiedzieć.
- Hem... - zamyślił się. - Dobrymąć, no cholera nie kojarzę. E, Jętek, cho no tu! - zawołał do jednego ze swoich kolegów "po fachu", który akurat siedział nieopodal na murku. Jętek podszedł.
- Hę? - zapytał w niemalże identyczny sposób w jaki zrobił to jego kolega.
- Ten tutaj pyta o ludzi Dobremącia. Kojarzysz? -
- Dobremącia? A to nie wiem. A może Brodymąć? Jak tak to tak. Jest tam taka gruba baba, co mnie pogoniła jak żem uprzejmie poprosił o kilka grzywien. Zaprowadzę. - Spojrzał na Raymunda. - Za kilka grzywien. - Wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu.

Raymund:
- 5.

Dragosani:
- Mosze być! - zgodził się Jętek. - Tocho - dodał jeszcze i ruszył przez rynek, przeciskając się przez największy tłum. Z wprawą godną prawdziwego mistrza przepychał się łokciami, nie zwracając uwagi na bluzgi innych ludzi.
- To ta baba - powiedział w pewnym momencie pokazując palcem jakąś kobietę. Była ona dość otyła i ubrana w dobrej jakości strój służącej. Zapewne była kimś ważnym pośród służy domu Brodymąciów. Naczelniczką służby czy kimś takim. Gęste, ciemne włosy miała owinięte białą chustką.
- Dawaj kasę! - zażądał Jętek.

Raymund:
Ach, przypomniało mu się, jak z niedżałowanej pamięci bratem, zanim ospa go wykończyła, ganiali po rynku głównego miasteczka w okolicy w czasie jarmarków. Obmacywali dziewczyny, szturchali mężczyzn, sprawdzali ich sakiewki i czujność, gdy to oni chcieli obmacywać owe dziewczęta w tym samym tłumie. Zabawne było, że niektóre z tych niewinnych dziewoj niemalże same pchały się w objęcia tych, przed którymi zasłaniały się co rusz, w tej swojej niekończącej się grze.
A teraz szedł identycznym tłumem z zasady, lecz zdecydowanie gęstszym i bardziej natarczywym. Zdecydowanie więcej było również starych bab i biedaków, od których nie dało się wysupłać ani jednej monety, co i tak Raymundowi nie przeszkadzało, skoro głupie lata młodzieńcze miał już dawno za sobą i nie "bawił" się w takie rzeczy.
Gdy stanęli niedaleko kobiety, Raymund ostrożnie wysupłał pięć grzywien z sakiewki i podał je jegomościowi, który go tutaj przyprowadził. Nawet jeżeli okaże się, że to nie ta białogłowa, to nie było co się kłócić o kilka monet. Podszedł bliżej do niej, od strony, by go widziała, nie chciał zakradać się od tyłu.
- Droga damo, przepraszam, że przeszkadzam, ale szukam służby waści Dobrymącia. Czy nie wie uprzejma dama, gdzie mogę ich znaleźć? Powiedziano mi, że rekrutują na tutejszym rynku do pracy - powiedział dosyć płynnie, grzecznie i z naprawdę miłym uśmiechem na ustach. Nawet się lekko ukłonił.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej