Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Rodzinne interesy
Dragosani:
Warrick zawahał się na krótko, lecz podał dłoń Raymundowi.
- Powodzenia zatem. I oczekuję owocnej pracy - powiedział, po czym wyszedł, zostawiając Raymuda samego z resztkami wina, niedojedzoną kaczką i prawdopodobnie opłaconym już rachunkiem.
Raymund:
Wrócił niespiesznie do stołu i znowu zabrał się za kaczkę. Szkoda by było, by taki ptak zmarnował się na stole, kiedy on odejdzie załatwiać interesy, więc postanowił dokończyć zaczętego już dzieła. Żytni chleb wcale smacznie komponował się z wytopionym kaczym tłuszczem, który zbierał się na dole misy, chociaż Raymund żałował nieco, że nie ma tutaj pieczonych ziemniaków w tymże tłuszczu, gdyż są po prostu obłędne.
Po posiłku, wytarciu i obmyciu rąk, wyszedł na zewnątrz. Sprawdził, czy ma wszystko przy sobie i ruszył raźno w stronę głównego rynku, gdzie miał począć szukać ludzi Brądymąci.
Dragosani:
I tak oto dzielny bohater i obrońca uciśnionych opuścił karczmę, nie niepokojony przez właściciela przybytku. Zapewne Chciwas opłacił rachunek. Było to niezwykle uprzejme z jego strony. Jednak Raymund nie mógł za bardzo o tym rozmyślać, chyba że tego chciał. Istotniejsze było, aby dotrzeć do głównego rynku tego wielkiego miasta. Droga nie była trudna. Na rynek prowadziło wiele ulic, a i sam Raymund już jako tako poznał najważniejsze części stolicy. Jego stopy stanęły w końcu na skraju terenu, który można już było określić mianej "głównego rynku". Tętnił on życiem, mimo mroźnej pory. Przedstawiciele różnych ras i profesji załatwiali tutaj swoje sprawy. Człowiek mógł dostrzec szyldy kilku organizacji, które prowadziły tutaj wstępną rekrutację. Było także wiele stoisk, sklepów i innych kramów. Gwarowi licznych głosów dorównywała intensywnością jedynie gama różnorakich zapachów, nie zawsze przyjemnych.
Raymund:
Ach, ten brudny zapach miasta, zamyślił się, idąc pomiędzy kramami, krzykaczami i przekupkami. Ktoś nawoływał, by zmienić wiarę, ktoś przekonywał, by wiarę jakąkolwiek porzucić, inny zaś metodycznie i niemalże doprowadzając do śnienia chciał przekazać, że jakakolwiek wiara, byleby miłować bliźniego i nadstawić drugi policzek. Raymund specjalnie się żadnym z nich nie przejął, raczej spodziewając się, że żaden z delikwentów nie doprowadzi go miejsca, którego szukał.
Przypatrywał się różnym jegomościom, trudniącymi się różnymi profesjami, lecz nie widział nikogo, kto specjalnie nawoływałby do roboty przy przeprowadzce bogacza do jakiejś willi, czy do pomocy przy organizacji nowego domostwa. Dlatego też podszedł do pierwszego lepszego obdartucha, po którym widać, że spędził tutaj niejedną godzinę i zapytał uprzejmie:
- Dobry panie, słyszał pan o pachołkach Dobrymącia?
Dragosani:
- Hę? - zapytany obdartus poderwał się, słysząc głos Raymunda. - Kogo? - zapytał, niezbyt rozgarniętym tonem. - A po co pyta? - dalej pytał. Tymczasem Raymud poczuł niepokojący ruch w okolicach jego sakiewki.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej