Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Rodzinne interesy
Dragosani:
Wąsacz skrzywił się.
- Nie do końca o tego typu dyskrecji mówiłem... Chociaż może? - Zamyślił się i znów popił wina. Lubił wino. Może momentami zbyt mocno. - W Efehidonie żyje pewna rodzina. Od pokoleń zajmują się handlem, chociaż to złodzieje parszywi i nieuczciwe gbury. Nie to co ja. Te zarzuty o moich rzekomych machlojach to właśnie ich dzieło, ich pomówienia! Parszywe dranie. - Gniewnie zacisnął pięść. Prawie walnął nią o stół, lecz powstrzymał się.
- Znani są jako Brodymąci. Rzecz jasna nie jest to oficjalne nazwisko, tacy jak oni nie mają czego szukać pośród szlachty - wyjaśniał z pogarda w głosie. - Głową tej rodziny jest Ludwig. Ludwig Bradymąć. Drań i prostak, mówię ci! Niedawno ten gbur zakupił willę za miastem, przyznam, że w bardzo urokliwym miejscu. Sam miałem ochotę ku[pic tę posesję. Zapewne ten drań o tym wiedział. Ech... ale do rzeczy! Z zaufanych źródeł wiem, że przenoszą się oni to nowej willi. I szukają ludzi do służby. Zapewne do pomocy w przeprowadzce jak i późniejszej pracy w domostwie. Chciałbym abyś zgłosił się do tej pracy... ale tak naprawdę pracował dla mnie. Patrzył dla mnie, słuchał dla mnie. Szukał informacji dla mnie, które pomogłyby uprzykrzyć życie tej zakale branży kupieckiej.
Raymund:
- A co ja będę z tego miał?
Dragosani:
- Pieniądze, oczywiście - odparł Warrick, jakby to była oczywistość. - I moją wdzięczność. A wiedź, że to ci się może opłacić! Ja mam znajomości, ja mam wpływy!
Raymund:
- Hmm... - odparł niby zamyślony, przysuwając sobie nieco misę z kaczką. Ułamał skrzydło, oderwał je od ptaka i spojrzał krytycznie. Obracał je w dłoniach, jakby chciał w nim dostrzec odpowiedź na jakieś pytanie, jakby jego wszelkie wątpliwości miały zostać nagle rozwiane, a nic innego przestałoby się liczyć na tym łez padole. Chwycił w drugą rękę, już umorusaną w tłuszczu, kawałek chleba i zważył je w dłoniach, zupełnie niczym by próbował porównać dwie części, zobaczyć która lepsza, którą odrzucić. Ugryzł chleba, ugryzł kaczki. Upił wina po chwili. Spojrzał na Chciwąsa, ciągle siedzącego przed nim.
Dragosani:
Chciwąs zmarszczył gniewnie brwi.
- Tracisz niecodzienną szansę - rzucił niecierpliwiony. Wstał, szurając krzesłem. - Ale trudno, znajdę innego pracownika. - Ruszył do wyjścia.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej