Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Rodzinne interesy
Raymund:
- Ależ żaden problem, chodźmy... - odpowiedział, samemu wskazując ręką drogę, na którą się mieli kierować. "Obieżyświat", ta karczma, o której Chciwąs mówił, rzuciła się w oczy Raymundowi ledwie wczoraj. Wielkie tłumy kłębił się wokół niej poprzedniego wieczora, gdy wracał do domu, ale że jako nie miał zbytnio grosza przy duszy, to postanowił nie zachodzić i nie wydawać zbędnych grzywien na trunki bez których obyć się jeszcze mógł dni kilka. Prędzej czy później jednak wstąpić gdzieś musiał. Valfdeńczyk nie wielbłąd, pić musi. A on był już Valfdeńczykiem.
- Chciwąs, powiadasz? - zagaił, kiedy już ruszyli w stronę zajazdu. - Czy to aby nie Ci, którzy zostali wyzuci z majątku i zaszczytó przez poprzedniego króla Isentora I Aquila za zbrodnie przeciwko koronie, zdradę, potwarz i nieczyste praktyki na rynkach spekulacyjnych? Nie Ci, którzy spiskowali z komórkami partyzantów, by dorobić się zaszczytów w nowej, niestety niedoszłej dynastii? - dodał jeszcze. - Tak, chyba słyszałem...
Dragosani:
- ... - odpowiedział Warrick, widocznie zaskoczony wiedzą bezczelnością jego jeszcze niedoszłego pracownika. - To wstrętne pomówienia ze strony... ech... - Westchnął. - No jeszcze dowiesz się z czyjej strony.
Weszli do karczmy. Jak zawsze była niemalże pełna ludzi, elfów, krasnoludów i innych orków lub niziołków. Rzecz jasna Raymund nie mógł wiedzieć jak było "zawsze". Jednak pomimo tłoku dla bogacza i jego znalazło się miejsce. Gospodarz nie dopuściłby do tego, aby stało się inaczej. Gdy tylko spostrzegł kto przekroczył próg jego przybytku, wyszedł zza kontuaru aby ich powitać.
- Ach, zacny pan Chciwąs, witam w moich skromnych progach. Czymże mogę dzisiaj służyć? - Zgiął się w ukłonie, ignorując przy tym Raymunda.
- Spokojnego kąta na rozmowę, butelki wina i posiłku. I niech to będzie coś dobrego, nie tak jak ostatnio. - Po tych słowach Warricka, karczmarz zaprowadził ich do oddzielonego od reszty głównej sali pokoju, gdzie mogli w spokoju porozmawiać. Po chwili przeniesiono wino oraz posiłek - pieczoną kaczkę z dużą ilością chleba. Chciwąs krytycznie przyjrzał się ptakowi.
- No, ostatnio próbowali karmić mnie tutaj niedopieczonym drobiem, dajesz wiarę? - Nalał sobie wina. Raymundowi nie nalał. Jeszcze czego.
- Chyba w czasie naszej krótkiej rozmowy umknęło mi twoje imię?
Raymund:
Przystawił bliżej kubek, sięgnął po dzban i sobie również nalał. Pomerdał płynem w naczyniu, dosyć krytycznie, zanim łyknął porządnie i od serca. Nawet zadowolony, odstawił kubek i spojrzał na Pana Chciwąsa.
- Raymund - odparł wreszcie. - Mówiłem wcześniej. Zapomniał Pan, Panie Chciwąs?
Dragosani:
Warrick upił wina małym łyczkiem.
- Ach, może mówiłeś, może nie, nieważne. - Machnął ręką. - Przejdźmy do rzeczy, do pracy, która mógłbym dla ciebie mieć. Powiedź mi, czy potrafisz być dyskretny? - zapytał z tajemniczym uśmieszkiem pod tym jego wąsem.
Raymund:
- Jeżeli mości Pan Chciwąs pyta o to, czy potrafię zakraść się, wejść i wyjść bez zauważenia, bez alarmu, bez niepotrzebnego budzenia braci białogłowy czy jej ojca w pokoju obok, to zaiste, mam w tym talent. Wszystko inne jest już tylko łatwiejsze.
Chwycił misę z jedzeniem i przysunął nieco bliżej siebie. Ułamał kawał chleba, namoczył w kaczym tłuszczu i skosztował. Zaczął dobierać się do kaczki, nie patrząc akurat na swojego rozmówcę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej