Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Rodzinne interesy
Raymund:
No, robiło wrażenie. Nie dziwota, że taka ilość strażników miejskich jest takimi chujami, skoro na co dzień pracują w takim surowym, zimnym (raczej w sensie miłości, niźli temperatury), ponurym miejscu. Przeszło mu przez głowę, że skoro pomieszczenia na górze tak wyglądają, to jak musi wyglądać loszek, który znajdował się zapewne piętro niżej, w jakiejś ciemnej przestrzeni, do której raczej nie dochodzi światło słoneczne i niewiele tam świeżego powietrza. Reumatyzm więźniom gwarantowany przez państwo.
Raymund chwycił od strażnika pióro, zamoczył je w kałamarzu, nieznacznie otarł z cieknącego atramentu i spojrzał w dół, na pergamin. Zwykły, bielony kredą, pewnie ze skórki owczej, jako że poza murami miasta pasły się tysiące owiec i baranów. Zastanowił się, jak często w tej części królestwa stosuje się lniany papier, który niejednokrotnie widywał w różnych miejscach kontynentu. Jego produkcja była prosta, relatywnie szybka, bo już przecież doskonalona przez lata. Tych kilka sekund, może trzy, może cztery, kiedy myśli przeszły mu przez głowę, strażnik chyba odczytał jako brak umiejętności pisania lub niepewność w owe umiejętności, gdyż powiedział coś o trzech krzyżykach. Potem szybko wyłowił jego wzrok na swoich spodniach, sam na nie szybko łyknął i spostrzegł, że nie doprał nogawek do końca.
Matko, jak wstyd, zganił się, zaczerwienił nieznacznie i wcale pewnie i bez zbędnego ociągania zaczął kreślić wcale równe, chociaż proste kaligraficznie litery.
R A Y M U N D
Tutaj na chwilę się zatrzymał, myśląc, czy nie dopisać nazwiska jego ojca, po którym był znany "w zeszłym życiu", ale odpuścił. Tabula rasa. Zaczynał tutaj od nowa.
Narrator:
- Pięknie dziękuję, a oto pieniądze - strażnik starannie odliczył pokaźny stosik srebra i przesunął go po blacie w stronę Raymunda, zabierając jednocześnie pergamin, który umieścił w odpowiedniej przegródce - Państwo dziękuje ci za pomoc, obywatelu - powiedział lekko deklamacyjnym tonem i mrugnął - Jakby jeszcze czego było trzeba to proszę pytać.
//Otrzymujesz 150 grzywien, nie dopisuj ich na razie, otrzymasz całość tej nagrody i ewentualnych przyszłych w podsumowaniu zadania.
Raymund:
Raymund nie liczył, odebrał srebro i schował je do mieszka. Monety przyciążyły nieznacznie, choć wcale przyjemnie. Klepnął je nieco na szczęście, chociaż sam nie wiedział po co, przecież absolutnie nie zmieniłoby to jego czy ich stanu. Podniósł wzrok na strażnika, zastanowił się.
- A macie jeszcze jakąś robotę, w której uczciwy obywatel mógłby pomóc i może dorobić nieco grzywny na codzienną egzystencję? - zapytał.
Narrator:
- Niestety nie - strażnik pokręcił głową - Ale proszę zostawić swój adres, gdyby coś się pojawiło to z pewnością odwiedzimy. Sami rozumiecie, straż miejska rzadko ma pracę dla wolnych strzelców - mężczyzna bezradnie rozłożył ramiona. Dałby pracę gdyby mógł.
Raymund:
- Rozumiem, rozumiem i mimo wszystko dziękuję za okazaną wdzięczność - odpowiedział Raymund, jeszcze raz chwytając pióro, mocząc je w inkauście i skrobiąc lokalizację swojej rudery mieszkalnej. Następnie podziękował jeszcze raz, uścisnął dłoń strażnika i skierował się w stronę wyjścia, będąc odprowadzonym przez jednego ze strażników. Logiczne, normalne, przecież nikt by mu nie dał łazić po strażnicy. Jeszcze by momentalnie zboczył z raz obranego kierunku, poszedł w drugą stronę i zaczął buszować po pomieszczeniach, magazynach.
Wyszedł na zewnątrz, odetchnął, rozejrzał się. Postanowił, że wróci na miejsce, gdzie złapali tamtego złodziejaszka, albo nawet wróci się w stronę, z której on biegł.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej