Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Przeprawa łowcy - Kenneth
Rowan:
W zebranej garści ziemi wyczułeś intensywną woń lasu, niewiele więcej. Zdawało się że możesz wyczuć nikłą, jak gdyby zwierzęcą woń, ale zapach był zbyt śladowy by móc rozpoznać co to było. Kilkanaście metrów dalej ścieżka rozdzielała się. Nowa odnoga odbijała w lewo, w kierunku odległych gór na północnym zachodzie, stara prowadziła dalej prosto, głębiej w puszczę.
Kenneth:
Nie człowiek. Nie ork. Futro? Ciężko powiedzieć. Raczej nie wilk, spodziewałby się stada. Raczej nie sarna. Już dawno by mu uciekła jeśli poruszał się w takim tempie. To nie mogło być nic wielkiego bo ślady byłyby wyraźniejsze. Zatem nie cieniostwór ani niedźwiedź. Dzik? Raczej nie byłby tak ostrożny Warg? Może.
Wyciąganie wniosków z małej ilości śladów to niebezpieczne przedsięwzięcie, niemal usłyszał głos swojego dziada.
Nie czas na rozmyślania. Trzeba się skupić na tropieniu. Ta chwila była jednak wystarczająca.
Kenneth rozmyślając zgubił trop. Czujność przed zagrożeniem zauważalnie obniżyła jego zdolność do śledzenia zwłaszcza w takim terenie. Rozwidlenie. Kenneth przyjrzał się obu ścieżkom. Jedna z nich prowadziła głębiej w las. Pierwsze spotkanie było w lesie więc większa szansa na to, że tam go spotka. Z drugiej strony ścieżka w kierunku gór wydawała się świeższa.
Ork zatrzymał się nasłuchując dźwięków lasu. Zgubił trop. Pościg na ślepo nie ma sensu. Wejście wgłąb lasu tylko ograniczy jego zmysły. Postanowił wybrać nowszą ścieżkę.
Rowan:
Droga ewidentnie stopniowo wznosiła się. Nie było to aż tak bardzo odczuwalne, jednak widoczne w gdzie niegdzie ukazujących się spod ściółki fragmentach skał. Drzew było tu mniej niż w sercu puszczy lecz nie brakowało krzewów i krzaków zapewniających kryjówki dla mniejszych zwierząt, a może i czegoś więcej. Jedna z krzewin zaszumiała w oddali. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie znikomy wiatr dzisiejszego dnia. Rejon tutejszego pogórza powoli ustępował miejsca kolejnemu pasmu.
Kenneth:
Kenneth obserwował zmieniającą się wokół niego florę. Przerzedzające się drzewa dawały obietnicę lepszej widoczności. Oczywiście oznaczało to również że ork jest bardziej widoczny. Nie miał on jednak wątpliwości że cokolwiek śledzi, na pewno zorientowało się że jest śledzone i pewnie tylko brakowi gwałtownych ruchów zawdzięczał że się nie spłoszyła i nie uciekła. Albo zaatakowała. Nagle usłyszał niespodziewany szum od strony jednego z większych krzaków. Zamarł i wstrzymał oddech. To może być jego okazja. Naciągnął łuk do połowy. Wciąż nie ufał nowemu zakupowi, bał się że naciągnięty w pełni zatrzeszczy. Wycelował w kierunku krzaka zza którego usłyszał niepokojący szelest. Powoli wypuszczając powietrze przez nos niemal boleśnie powoli ruszył w kierunku krzaka gotów w ułamku sekundy sięgnąć po swoje mięśnie grzbietu, aby naciągnąć łuk do końca i puścić strzałę. Ludzki licznik pewnie trząsłby się z wysiłku trzymając naciągnięty łuk. Ale ta zabawka nie była nawet w przybliżeniu tak silna jak orkowy łuk bojowy na którym w młodości trenowałKenneth . Lekki wiaterek który ork poczuł na policzku nie mógł wytłumaczyć tego szelestu. Nie będzie również w stanie znacząco znieść strzały. Przodkowie sprzyjają temu polowaniu.
Rowan:
Jednak krzak nie poruszył się ani odrobinę. Zamarł o ile można tak mówić o czymś co i tak nie miało samoświadomości. Lekki podmuch wiatru zaskoczył cie z tyłu i połaskotał w kostkę niczym niewidzialny ogon. Odwróciłeś się na moment, lecz nic nie znalazłeś. Za to znów gdzieś przed tobą mignął ni to kształt ni cień. Jeśli to było faktycznie coś innego niż gra świateł to skierowało się dalej w głąb ku dolnemu reglowi u podnóża gór.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej