Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Przeprawa łowcy - Kenneth

(1/10) > >>

Kenneth:
Nazwa wyprawy: Przeprawa łowcy - Kenneth
Prowadzący wyprawę: Rowan
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: ukończenie zadania szkoleniowego u Respeva
Uczestnicy wyprawy: Kenneth

- Wyruszę bezzwłocznie
Odparł Kenneth i ruszył w kierunku północnej bramy.
Kiedy oddalił się od dziwnego zakątka zamieszkanego przez elfa wbrew sobie ork poczuł ulgę. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że jeszcze kilka lat wcześniej, Rowan mógłby go uznać za zwierzynę. Zbliżając się do bramy zaczął się zastanawiać jak on sam zareagowałby na widok elfa w poprzednim świecie. Wyszczerzył kły w przerażającym uśmiechu. Oczywiście spróbowałby go zabić i oskalpować razem z uszami, żeby pokazać braciom z jakim dziwnym człowiekiem mógł walczyć. Na widok przerażonych przechodniów zgasił uśmiech. Dobry humor towarzyszył mu jednak aż do granic lasu.
Las, przywitał go chłodnym wilgotnym objęciem cienia i świeżego mchu. Obserwując własne, głębokie ślady na tym miękkim gruncie ork uznał, że to doskonała pora na polowanie. Po około kilometrze las zgęstniał, odrobiny słońca które docierały do gruntu migotały zgodnie z ruchami liści na wietrze. Wciąż było wcześnie rano, rosa w lesie dopiero odparowywała. Człowiek, pewnie mógłby się zgubić w takim miejscu. Ale nie ork. Orkowie toczą większość wojen w małych, liczących po kilku osobników oddziałach rozproszonych po terernie wroga. Umiejętność precyzyjnego poruszania się po obcym terenie korzystając podświadomie z najmniejszych sugestii środowiska: kierunek zwrotu kwiatów, gęstość mchu, jasność i kąt padania światła jest uczona tak wcześnie w życiu orka i jest dla nich tak naturalne, że nieuważny badacz mógłby pomyśleć, że to cecha wrodzona.
Kiedy ścieżka zniknęła pod ściółką Kenneth poczuł znajomy dreszcz emocji. Łowy. Rozejrzał się uważnie. Jeszcze nie przekroczył niewidzialnej granicy. Wciąż jest w królestwie ludzi. Większość dzikich zwierząt nie zapuscza się tak blisko ludzkich siedzib. Mimo to, nałożył cięciwę na łuki strzałę na cięciwę. Ugiął kolana i zaczął poruszać się ostrożniej. Nazwanie tego skradaniem byłoby obrazą dla tej szlachetnej sztuki, ale przynajmniej przestał być toczącą się po lesie górą.
Kiedy dotarł na polanę nie było w nim już ani śladu nonszalancji z jaką opuszczał miasto. Był czujny jak za liniami wroga. Wciągnął głęboki wdech nosem. Doszedł go delikatny zapach krwi. Inne drapieżniki są niedaleko. Albo żerowały niedaleko niedawno. Zapowiadały się dobre łowy.
Kenneth ukląkł i usiadł na pięty jakieś dwa drzewa przed polaną. Nie miał wątpliwości, że Rowan go tu znajdzie, a wolał nie wystawiać się aż tak na widoku bez potrzeby. Położył łuk i strzałę na kolana. Zamknął oczy. Wyostrzył pozostałe zmysły.
- Przodkowie, poprowadźcie mnie przez tę misję ściężką honoru.
Tatuaże na rękach zaswędziały.
Przodkowie są zadowoleni.

Rowan:
Jesienny, valfdeński las przywitał cię delikatnym chłodem i wilgocią. Niedawno musiało padać, w co ciemniejszych miejscach krople wody utrzymywały się na liściach. Im dalej zagłębiałeś się w las tym ciemniej się robiło, młodsze drzewa ustępowały miejsca starszym, o nisko zawieszonych, ciężkich gałęziach pełnych złotobrązowych liści. Mimo wilgoci i mroku puszcza po dłuższym marszu przeradzała się w coś zjawiskowego, jak gdyby z dala od ludzkich siedzib odzyskiwał swoją duszę.
Chwilę po tym jak usiadłeś i wezwałeś przodków usłyszałeś delikatny szmer przed sobą, coś jakby odgłos oddalających się, szybkich kroków. Raczej nie ludzkich.

Kenneth:
Czyżby znak od przodków? Kroki. Dwie łapy? Cztery? Ciężko ocenić. Kenneth nie jest jeszcze dość dobrym łowcą, żeby rozpoznać zwierze po samym odgłosie kroków. Jedno wiedział. To nie buty. Więc to na pewno nie człowiek. A przynajmniej nie zwykły człowiek.
Odepchnął myśl o Rowanie czekającym na niego na polanie. Spotkał się z nim, żeby zostać lepszym myśliwym. A cóż byłby z niego za myśliwy, gdyby przepuścił taką okazję.
Czymkolwiek był cel. Poruszał się szybko. Mimo, że Kenneth otworzył oczy w momencie usłyszenia odgłosu, to już niczego nie widział. Pogoń nie miała zatem sensu. Ścisnął łuk mocniej w pięści i starając się poruszać jak najciszej ruszył w kierunku który podał mu zmysł słuchu.

Rowan:
Mimo najszczerszych chęci twoje kroki były mniej lub bardziej słyszalne. Drobne gałązki pękały pod twoimi stopami, wysuszone liście szeleściły cicho trącane czy deptane. Po kilkudziesięciu przebytych krokach dotarłeś do czegoś w rodzaju leśnej ścieżki, pochodzenia raczej zwierzęcego, była bowiem wąska i ledwie dostrzegalna w gąszczu. Jednak orcze wychowanie poskutkowało, potrafiłeś odróżnić delikatnie ubite ślady pomiędzy krzewami, musiała to być jedna z dróg którą lokalna fauna się poruszała. Nic jednak nie widziałeś, zaś mech i ściółka pod twoimi stopami nie były na tyle naruszone byś mógł rozpoznać ślady zwierzęcia. Coś jednak szeleściło w oddali, wzdłuż ścieżki.

Kenneth:
Kenneth przeklinał w myślach swój rozmiar. Każdy krok odbijał się kakofonią w jego własnych uszach.
Zwierzęca ścieżka. Ledwie wydeptana, ale bezsprzecznie używana regularnie. Wodopój? To byłby prawdziwy uśmiech losu. Szum wody w odpowiednio dużej rzece mógłby zagłuszyć nawet kroki orka.
Kolejny szelest. Wygląda na to że nie zgubił ofiary. A w najgorszym wypadku trafił na nową. Pochylił się nad jednym z ubitych śladów. To na nic. Rozgniótł odrobinę ziemi z tego miejsca i powąchał szukając czegokolwiek co mogłoby przygotować go na spotkanie z tym co śledził. Albo z tym co prowadziło go w pułapkę. Kenneth odepchnął orcze legendy o zwierzętach dość inteligentnych by zastawiać pułapki na myśliwych. To nie czas na to. Wbił wzrok w kierunku z którego dochodził dźwięk. Nic.
Ostrożnie ruszył wzdłuż ścieżki starając się wzrokiem szukać śladów a pozostałymi zmysłami podświadomie wyczekiwał zagrożenia. Widać straszne historie które młodzi orkowie opowiadają sobie przy ogniskach nie są takie łatwe do zignorowania.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej