Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Braterska pomoc

<< < (96/102) > >>

Kenshin:
Okręt dopłynął do brzegu przeciwnicy szybko pojawili się na plaży. Piętnastu chłopa dobrze, że nie więcej, bo byłoby problematycznie. Wszyscy wiedzieli w jakim celu przybyli, więc nie mogli pozwolić, żeby dostali klucz!
    Kenshin przygotował się pierwszy do ataku na nieświadomego wroga, nałożył strzałę na cięciwę łuku, po czym wyłonił się za skrzynek mocno, naciągając cięciwę. Konsternacja przeciwnika dała mu czas na spokojne wymierzenie w głowę jednego z łuczników, po czym wypuścił on żelazny pocisk. Strzała pokonała dystans w mgnieniu oka, trafiając bezbłędnie bandytę prosto w czoło. Żelazny grot przebił się, przez przez skórę, czaszkę kończąc swoją penetrację w mózgu. Człowiek padł plecami na ziemię ze zdziwieniem na twarzy.
    Przeciwnicy ogarniali co się dzieje, ale miał jeszcze trochę czasu nim wszyscy na niego ruszą. Ork dobył kolejnej strzały szybko nałożył ją na cięciwę łuku, po czym znowu ją mocno naciągnął w sekundę, namierzył łucznika, który sam chciał zestrzelić łowcę. Pasterz stworzenia wymierzył w serce człowieka, które było odsłonięte i praktycznie bez żadnej ochrony. Żelazna strzała poleciała, trafiając tam, gdzie miała prosto w serce niczym strzała amora. Niestety człowiek się już w nikim nie zakocha a na pewno, nie w tym życiu! Grot przebił się przez byle jaką zbroję i rozciął skórę w strategicznym miejscu, wbijając się w narząd. Człowiek złapał się za pierś, krzyknął i padł na ziemię.
    Pasterz stworzenia schował się za skrzyniami, bo strzały już w niego leciały. Dwie wbiły się w skrzynkę zaś trzecia w ziemię. Pozostali wojownicy również ruszyli na niego z mieczami i sztyletami, ale na razie nie zauważyli jego kompanów. Dlatego ork nałożył jeszcze jedną żelazną strzałę na cięciwę, którą mocno naciągnął, wstał kiedy wrodzy łucznicy oddali strzały, po czym wystrzelił bez większego mierzenia w stronę adwersarzy z mieczami. Strzała trafiła jednego w tors. Człowiek stanął w miejscu po trafieniu, gdy oberwało jego płuco. Bandyta nie mógł złapać tchu, więc ukląkł a po chwili, padł twarzą do ziemi z trupią miną. Człek się udusił nim zdążył zadać chociaż cios, ale jego kompani już mogli! Kenshin szybko schował się za skrzyniami, unikając kolejnych strzałów oraz po to, by dać element zaskoczenia dla ekipy obrońców.

   
9x https://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Bandyta

2x https://marantwiki.tawerna-gothic.pl/index.php/Bandyta_%C5%82ucznik

pozostaje : 22 żelazne strzały

   

Egbert:
Egbert wziął przykład z towarzyszy, którzy zjawili się na plaży chwilę po nim, i również znalazł sobie osłonę za drewnianymi skrzynkami pozostawionymi tutaj pewnie przez ludzi Domenika. Ściągnął z pleców aema i zaczął ładować. Zdjęcie kilku przeciwników przy użyciu broni dystansowej zanim rozpocznie się właściwa walka zawsze było dobrym pomysłem. To znacząco ułatwiało sprawę i pozwalało przejąć inicjatywę już na samym początku starcia. Rudobrody wychylił się zza swojej osłony zaraz po Kenshinie. Wykorzystując to, że orkowy łucznik ściągnął na siebie całą uwagę atakujących, Bękart Rashera mógł w miarę spokojnie wymierzyć. W pierwszej kolejności postanowił zdjąć strzelców nieprzyjaciela, tak aby nie mogli wspierać swoich towarzyszy w dalszej części starcia. Oparł kuszę o ramię, wycelował i nacisnął na spust. Bełt pomknął w stronę mężczyzny z zawrotną prędkością i wbił mu się centralnie między oczy rozsadzając tym samym czaszkę. Zanim jednak martwy już bandyta zdążył zwalić się na piach, Egbert oddał kolejny strzał w stronę jego kompana. Niestety, temu w porę udało się wykonać unik. Rzucił się w bok, przez co pocisk Bękarta nie zabił go, a tylko wbił się w ramię. Taka rana nie wyłączy go raczej z walki, lecz z pewnością uniemożliwi mi dalsze korzystanie z łuku. Widząc jak ich towarzysze padają martwi od strzał i bełtów, pozostali atakujący z dzikim okrzykiem rzucili się do szarży. Egbert, chociaż miał jeszcze jeden bełt w magazynku, niespiesznie odłożył kuszę na plecy. Minęło już zbyt dużo czasu odkąd skrzyżował z kimś miecze. Dobył teraz Ręki Rashera i tarczy. To był ciężki kawał mosiądzu wykonany w typowo rycerskim stylu, a więc jej kształt był zbliżony do trójkąta. Na środku tarczy, tam gdzie było miejsce na herb rodowy, najemnik wymalował symbol będący znakiem rozpoznawczym Bękartów. Nie był może mistrzem malarstwa, ale każdy powinien rozpoznać w jego malowidle złowrogo uśmiechniętą czaszkę w złotej koronie. Nie czekając aż przeciwnicy do niego dobiegną, rudobrody wyszedł zza swoich skrzyń i ruszył im na spotkanie. Nie pędził jednak jak na złamanie karku, a szedł w ich stronę powoli, mocno stawiając każdy krok. Niczym wielki golem, który w jednym tylko celu został powołany do życia przez jakiegoś czarnoksiężnika. Miał zmiażdżyć tych stających przeciwko niemu. Najbliższy bandyta rzucił się na niego podnosząc wysoko miecz. Egbert zrobił wówczas szybki wypad w jego kierunku i wykorzystując całą swoją siłę rąbnął go kantem tarczy nim ten zdążył opuścić swój miecz. Potężne uderzenie złamało mężczyźnie szczękę i odrzuciło go do tyłu. Upadł na piach. Rudobrody już miał zamiar go dobić, kiedy zaatakował go następny przeciwnik. Nieślubny syn Rashera sparował ten cios mieczem, po czym natarł na nieprzyjaciela tarczą. Gdy tamten zaczął się cofać, szeregowy wyprowadził pchnięcie od dołu, spod swojej osłony. Klinga z szarej rudy bez trudu przebiła się przez skórzany pancerz bandyty. Wtedy Egbert gwałtownie pociągnął ostrze w górę rozcinając nieszczęśnikowi brzuch. Człowiek jeszcze żył, kiedy jego wnętrzności wylały się na piach nadbrzeża, lecz była to jego ostatnia chwila. Później rudobrody uwolnił swój miecz i zwarł się z kolejnym atakującym.

8x bandyta (jeden ma złamaną szczękę)

1x bandyta łucznik (ma bełta w lewym ramieniu)

Bełty : 25

Leonard:
Leonard dalej bił się na murach. O kuszy mógł już niestety zapomnieć, nieprzyjaciel był teraz wszędzie dookoła. Nie pozostało mu zatem nic innego jak tylko walczyć o swoje życie przy użyciu ostrza. Póki co, jego ramię nie zdążyło jeszcze osłabnąć. Starsi stażem najemnicy z Bastardo kazali mu czasem ćwiczyć machanie mieczem godzinami, niekiedy chodziło nawet o ciągłe powtarzanie jednego ataku. Ten sam ruch wykonywany w kółko, bez przerwy, od śniadania do obiadu lub od obiadu do kolacji. Wówczas Leo nie widział sensu takiego treningu. Teraz jednak zrozumiał wreszcie jego zalety. Skoro jego mięśnie były tak przyzwyczajone do ciągłego podnoszenia i opuszczania miecza, to nie mogły się przez to zbyt szybko tym zmęczyć. W czasie pojedynków ćwiczebnych z innymi szeregowymi mauren tego nie dostrzegał, bo tamte walki nigdy nie trwały zbyt długo. Tutaj, w bitwie, sprawy miały się zupełni inaczej. W takich warunkach wychodziło kto miał za sobą zawodowy trening wojskowy, a kto przeszedł tylko szkolenie z zakresu walki mieczem. Przeciwnicy Bękartów, chociaż technicznie często nie walczyli gorzej od nich, zaczynali powoli ustępować im pola. Jeśli ci na dole nie dopuszczą by piraci zaatakowali ich od tyłu, to Bękarty powinny odnieść zwycięstwo na murach. Leo dawał z siebie wszystko, byleby tylko ta wizja stała się rzeczywistością. Teraz, raz za razem atakował swojego oponenta chcąc przytłoczyć go samą ilością uderzeń. Dzięki lżejszemu pancerzowi poruszał się szybciej niż on, więc mógł wyprowadzać kolejne uderzenia nie dając tym samym tamtemu szansy na kontratak.
-Zgiń w końcu! Zdychaj!- Krzyknął chyba po to, żeby podnieść swoje morale i bardziej się zmotywować.
-Vivat Bastardus Rashera!- Po tym drugim okrzyku, przeciwnik Leona zaczął się cofać. Zupełnie jakby zobaczył za plecami szeregowego postać samego boga śmierci. Leonard odnalazł wówczas swoje najgłębsze pokłady energii zaczął nacierać z jeszcze większym zapałem. Nim się obejrzał, doprowadził przeciwnika na skraj muru. Tamtem chyba nawet tego nie zauważył, za bardzo skupiony był na obronie. Dostrzegając swoją szansę na pozbycie się tego wroga, szeregowy udał że będzie ciął od góry. Gdy zaś przeciwnik uniósł swój miecz by zablokować to uderzenie, mauren kopnął go w brzuch. Trafiony mężczyzna zachwiał się, zaś jego twarz wykrzywił grymas strachu. Wreszcie zdał sobie sprawę ze swojej pozycji. Było jednak za późno. Nie udało mu się złapać równowagi, przechylił się do tyłu i spadł. Prosto na dziedziniec, pomiędzy walczących najemników i piratów. Upadku nie przeżył, chociaż Leonard nie zobaczył już jak mężczyzna rozbija się o kamień. Musiał poświęcić swoją uwagę innemu zagrożeniu.

293xPoborowy Torreno
170x Pirat

368 Bękarty Rashera

Torstein Lothbrok:
Rozkazy zostały wydane. Trzeba je więc było wykonać. Torstein zdjął puklerz z pleców, dobył miecza.
- Którędy do kaplicy? - spytał szambelana. - Będę was chronił.

Kenshin:
Orkowi udało się co zamierzał, bo dał czas innym poukrywanym na atak z zaskoczenia. Egbert zajął się łucznikami, żeby nie naprzykrzali się zbytnio. Wróg został podzielony, bo część szła na młodzieńca zaś reszta, ruszyła na niego.
    Kenshin wyszedł za skrzyń, dobywając dwuręcznej wardyny, którą chwycił oburącz dla lepszego komfortu. Broń idealna do walki na dużym obszarze i z wieloma przeciwnikami. Trzech zbirów Torreno ruszyło na niego z mieczami wszyscy trzej uderzyli z góry do dołu chcąc, posiekać łowce na plasterki, Kenshin zablokował atak nieznacznie podnosząc swą broń. Ostrza starły się wywołując iskry trzech mężczyzn mogło, powstrzymać starego orka, ale na krótki czas, bo natychmiast odpowiedział, kopiąc człowieka wyprostowaną stopą w kolano. Człek cofnął się delikatnie a nawet ukląkł na zdrowej nodze to wystarczyło, żeby mógł się uwolnić od pozostałych oponentów, których odepchnął samą siłą do tyłu na jakieś pół metra. Następnie wykonał cięcie z góry po skosie, przecinając pancerz oraz skórę przeciwnika. Krew trysnęła dużą stróżką, ale to nie wszystko, gdyż Kenshin zrobił obrót tnąc ostrzem poprzecznie w brzuch. Dwie głębokie ranny cięte oraz duża ilość wydobywającej się krwi, sprawiły to, że człowiek zgiął się w pół i upadł na kolana, by po chwili skuli się na piasku, umierając. Pozostała dwójka przy życiu nacierała dalej na orka jeden nadal ciął mieczem z góry do dołu, drugi chciał go dźgnąć. Kenshin wykonał piruet w bok na metr, omijając parę zbirów. Ludzie przemieścili się nieco do przodu na tyle, żeby jeden mógł oberwać w plecy, kiedy pasterz stworzenia cięciem z góry na skos trafił tym razem w plecy, przecinając pancerz i skórę, lecz tym razem ostrze zatrzymało się na kręgosłupie. Rozcięta skóra wraz z mięsem oraz wystającym kręgosłupem, wyglądała przerażająco. Bandyta  miał szanse przeżyć będąc sparaliżowanym. Człek po prostu padł na ziemię, ale w tym czasie jeszcze jeden człowiek biegł na niego z mieczem oraz sztyletem w dłoniach chcąc jednocześnie ciąć i pchnąć ostrzami broni. Pasterz stworzenia zwolnił jedną rękę, wyprostował ją i wyobrażał sobie rękę, która oplata człowiekowi nogę, po czym szybko ją szarpnął. Człowiek arcylisza pociągnięty telekinezą poleciał do przodu na ryj, lądując tuż przy Kenshinie. Łowca uniósł swoją broń, by następnie ją opuścić. Ostrze przebiło się przez czubek głowy, kończąc swoją podróż na gardle wroga. Pasterz stworzenia dosłownie nadział przeciwnika zabijając go na miejscu. Przebita głowa była już wystarczająca, ale niestety użył za dużo siły, potem podszedł do tego z rozciętym kręgosłupem, gdzie postąpił podobnie lecz tym razem, przebił głowę w miejscu kości potylicznej czarna ruda, przebiła się jak masło, dobijając rannego na miejscu chociaż mógł tyle dla niego zrobić, żeby człowiek nie męczył się do końca życia. Kenshin nie zaprzestawał walki, tylko ruszył dalej, dobierając sobie kolejnych przeciwników.


5x bandyta (jeden ma złamaną szczękę)

1x bandyta łucznik (ma bełta w lewym ramieniu)

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej