Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Braterska pomoc
TheMo:
Po skończonej naradzie nie miał nic do dodania. Jego ludzie byli dobrze wyszkoleni, więc poradzili sobie z podziałem obowiązków i ich wykonaniem. Dlatego zajął się samotnym spacerem po forcie. Powolnym chodem kroczył pomiędzy murami obronnymi. Nówki sztuki można rzec. Miejscami dotknął dłonią ściany, by zbadać fakturę. Co prawda murarzem ani cieślą nie był, ale jakąś wiedzę praktyczną miał, bo w końcu swego czasu musiał pilnować remontu Bastardo. Po drugim okrążeniu zaczęło mu się to powoli nudzić, co prawda poznał architekturę, obmyślił kilka planów ale by któryś wybrać i wykonać poprawnie, potrzeba jeszcze kilku elementów.
Narrator:
Jakaś mewa nasrała tuż obok generała. Ten mógł iść do mesy, albo do obozu panienek pod główną bramą. Themo mógł też postrzelać z armat do ryb dla zabawy.
Leonard:
Leonard zrobił minę jakby miał zaraz popuścić w spodnie, ale zamiast zacząć uciekać dzielnie dobył miecza i stanął w pozycji obronnej. Czuł lęk, jednak nie paraliżował go on aż tak mocno jak miało to miejsce w trakcie jego pierwszej bitwy. Z początku chłopak zamierzał trzymać się z tyłu, jednak brawurowa akcja czarnego orka dodała mu odwagi.
-Nihil est victoria dulcis!- Leo wykrzyczał słowa wygrawerowane na ostrzu jego nowiutkiego miecza, po czym natarł na ostatniego jaszczuroczłeka. Bękart raz za razem uderzał w tarczę gada, skutecznie spychając go do defensywy. W pewnym momencie, chcąc przerwać szarżę Leona, jaszczur uskoczył w bok i ciął swoim ostrzem od góry. Chłopak zanurkował pod jego bronią, która przeleciała mu tuż nad głową, jednocześnie składając się do pchnięcia. Zaraz po tym wbił swój miecz w okolice żeber przeciwnika. Jaszczur zaskrzeczał z bólu, zaś Bękart natarł na niego wpychając swoje ostrze jeszcze głębiej i przewrócił go na piasek. Później wyrwał miecz z jego ciała i jeszcze kilka razy ciął go po pysku. Tak dla pewności. Gdy było już po wszystkim, odstąpił kilka kroków od zabitego i przykucnął, a potem klapnął ciężko na ziemię. Cholera, znowu się udało.
Mirzak aep Rothgar:
- Brutalnyś chopie. Dziwne że zwiad robili za dnia, widać że ich dowódcy nie zależy na ludziach. Wracamy, zdamy raport i pojedziemy po drewno.
Kenshin:
Walka dobiegła końca, a Kenshin zdążył odsapnąć trochę. Jaszczuroludzie zostali pokonani, lecz prawdę mówiąc nie mięli szans. Demon będący w orku również został, zaspokojony choć powinni wziąć jednego żywcem, nie był po prostu w stanie. Teraz mogą uczynić to co powiedział krasnolud, czyli wracać.
- Najpierw wezmę z nich krew, potem będziemy mogli pójść. Odpowiedział i zabrał się za spuszczanie krwi z martwych przeciwników. Jedna z zasad łowiectwa brzmi nic nie może się zmarnować! Dlatego dobył swojego sztyletu, podszedł do każdego z ciał, po czym ukucnął, nacinając ostrzem poszczególne żyły. W sumie żałował, że nie znalazł się w lesie, bo byłoby łatwiej, lecz cóż musiał korzystać z takich a nie innych warunków terenowych. Czarnoskóry ork podstawił flakoniki z krwią, gdzie robił nacięcia na początek, poszły żyły w okolicach nadgarstków. Ciecz zaczęła wolno, wylatywać, lecz po ucisku przedramienia szybciej, zaczęła uchodzić, gdy już w żyłach nic nie pozostało, to zaczął nacinać tętnicę udową. W tym miejscu krwi było najwięcej dlatego bez oporu, ponacinał łuski i skórę, by się do niej dobrać. Po paru minutach krew ze wszystkich jaszczuroludzi znalazła się w flakonikach do późniejszego wykorzystania. Kompani jak chcieli nie musieli na to patrzeć, ale to ich sprawa jak na to zareagowali grunt, że teraz mogli powrócić do fortecy. Dlatego Kenshin wsiadł na konia, mówiąc. - No to w drogę. Powolnym rytmie wracali zdać relację.
Zebrałem :
30 litrów krwi jaszczuroczłeka
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej