Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Biały Krzyż

<< < (2/26) > >>

Funeris Venatio:
Wjechał na trakt, niepokojony przez nikogo. Koła wozu zjechały z kamienia na drogę, prąc do przodu i roztrącając na boki kałuże. Przegniła trawa dawno zatraciła zielony, uspokajający kolor. Nieliczne wokół drzewa straszyły swoimi wisielczymi gałęziami, niby tylko czekając na jakiś sznur przerzucony przez konary. Kazmir mijał wielu podróżnych, którzy podobnie patrzyli na otaczający ich krajobraz. Ponury, zimny, mokry i zły.
Jechał tak już kilkanaście minut, natrafiając na niewielkie rozwidlenie. Wiedział, że obydwie drogi spotkają się za jakąś milę w tym samym miejscu, omijając to niewielkie wybrzuszenie terenu na środku. Na szczycie niewielkiego pagórka znajdował się sędziwy dąb, który opierał się działaniu czasu. Stał niewzruszony, samotnie obserwując okolicę. Był świetnie widoczny z każdej strony, nie będąc zakrytym przez żadne inne drzewa w promieniu kilkuset metrów. Krasnolud mijał go nie raz. Pamiętając o wisielczym nastroju, spojrzał jeszcze raz na wiekowe drzewo. I rękę by sobie dał uciąć, że pod jedną z jego rozłożystych gałęzi coś właśnie dynda na wietrze.

Kazmir MacBrewmann:
A raczej nie pamiętał by dokonywano tu egzekucji. Podjechał kawałek bliżej skracając dystans o połowę, zjechał na pobocze i postanowił to sprawdzić. W sumie miał też inny powód, zachciało mu się siku. Zeskoczył z kozła wozu, stanął przy tylnym kole i rozpiął spodnie. Zrobił swoje, zawiązał klapę skórzanych spodni, sięgnął po kuszę leżącą na koźle. Gwizdnął, płachta furgonu się uchyliła i wylazł z niej Frodo, włochate taru. Wierny pies krasnoluda, który już raz uratował mu tyłek. W zamtuzie Nogi do Nieba... to była niezła akcja. Teraz zaś szli w stronę tego co niby wisiało.

Funeris Venatio:
Po tej stronie traktu nie było akurat nikogo, żadnego innego wędrowca, więc Kazmir nie musiał obawiać się o swój furgon. Rozmokła, przegniła trawa ustępowała pod stopami krasnoluda, które zagłębiały się w wszechobecne błoto i tworzące się wokół kałuże. Brnął jednak, widząc spod kaptura swojego płaszcza drzewo naprzeciwko. Im bliżej był owego samotnika, tym bardziej był przekonany, że pod jedną z gałęzi naprawdę wisi jakaś postać. Po przebyciu następnych kilku kroków krasnolud dostrzegł, że jest to postać niewielka, podobna wzrostem i posturą do niego samego. Przedstawiciel Ludu Gór, jak ich czasem nazywano.
Był niemalże całkowicie rozebrany, pozostawiono mu tylko przepaskę biodrową. Na dłoniach miał coś w rodzaju oberżniętej, grubo ciosanej, drewnianej biżuterii. Jakieś dwie bransolety, które ktoś siłą wcisnął mu na nadgarstek, co widać było bo zdartej skórze i ilości drzazg na knykciach i wokół kciuka. Na szyi ktoś wyciął mu nożem ślad jak po naszyjniku, wieńcząc go dużym krzyżem na piersi. Krzyż był biały, zalano go farbą tegoż koloru, która ściekała nieco z ciała. Uszy miał oberżnięte. Twarz była jeszcze sina, pełna koloru, co zdradzało, że nie wisiał tutaj zbyt długo.

Kazmir MacBrewmann:
- Niziołek? Zapytał towarzyszącego mu psa. Ten tylko pomerdał ogonem, oczywiście nie wiedząc o co chodzi jego panu. Biały krzyż... krasnolud nie kojarzył tego symbolu. Ba! On nie kojarzył żadnych symboli religijnych. Symbole, herby i godła innych organizacji znał zaś dobrze. Zakon Ubogich Rycerzy Zartata miał krzyż, ale czerwony. Sięgnął pamięcią do heraldyki. Król miał podobny, ale z udziwnieniami. Nic mu do łba nie przychodziło. Rozejrzał się po okolicy, trupa zostawił, nie znał się, zresztą już widział najważniejsze. Nie odcinał go bo i tak by nie sięgnął, chować go nie miał jak. Pomodlił się do Zewoli o odprowadzenie duszy nieszczęśnika do Kotła Dusz.

Funeris Venatio:
Deszcze delikatnie zelżał. Gdzieś z daleka z zachodu widać było jasne przebłyski nieba, które mogły świadczyć o przegnaniu tej potężnej deszczowej chmury. Taru wąchało wszystko dookoła, próbując znaleźć jakiś ślad, chociażby pojedynczy trop. Miało świetny węch, ale nadal nie mogło niczego podłapać, co było raczej dziwne. Wilgotność powietrza co prawda nie ułatwiała zwierzęciu sprawy, ale dziwnym było, że nie czuło nic. Po kilku dłuższych chwilach jeszcze raz obskoczyła wokół dębu. A później zaczęło szczekać.
Tuż koło wozu krasnoluda pojawiły się dwie postacie.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej