Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Bitwa o K'efir część III - krwawa jatka
Marduk Draven:
Na plac przed zachodnią bramą zajechał także w końcu organizator całego przedsięwzięcia. Osoba za sprawą której, przynajmniej częściowo ci, którzy tu już dotarli się zgromadzili, a ci, którzy przybyć mieli przybędą. Wpierw powitał ich stukot kopyt o kostkę brukową. Potem z uliczek wyjechał niezidentyfikowany osobnik. Od stóp do głów zakuty w najlepszej jakości stal valfdeńską, z hełmem połączonym z maską, a do tego odziany w czarną i długą tunikę z symbolem Bractwa ÂŚwitu na piersi. Na to wszystko nałożona była obszerna, matowo czarna, pasująca do czerni tuniki peleryna z kapturem, który skrywał stalowe oblicze w odrobinie cienia, a przy tym nadawał mroku i groźności jego wyglądowi. Przy pasie miał zwisającą dość swobodnie szablę, na plecach miecz. Drugi miecz zaś spoczywał przy jukach, razem z kuszą i bełtami. Postać zawitała i zdjęła hełm. Przybyszem okazał się Marduk, który zsiadł z konia i podpiął hełm pod pas. Podszedł do wozu i przywitał się z każdym skinieniem głowy. Podbipięcie uścisnął dłoń.
- Dziękuję wszystkim za przybycie. Zaczekamy tylko na resztę i ruszamy.- rzekł. Skierował się do olbrzyma Longinusa.- A ci trzej rycerze, przyjacielu? Kim są?
Chwilę po nim zajechało też piecioro konnych pancernych.
// Ze mną:
5 x Paladyn
Longinus Podbipięta:
- Witaj, panie.- odrzekł Longinus Mardukowi.- Pozwolę szlachetnym rycerzom przedstawić się. Nie chcę im odbierać tego zaszczytu, gdyż nie mogą się doczekać by Cię poznać, kanclerzu.
Toruviel:
Zjawiła się też elfka. Pieszo, rzecz jasna. Konia na razie nie miała. Miecz przez plecy niczym łuk, obok niego kusza. I długa szata skrywająca ją w mroku. Przywitała zebranych skinieniem głowy i przysiadła na wozie Kazia.
Narrator:
Trzej rycerze stali dumnie wyprostowani przy swoich wierzchowcach, które po bliższym przyjrzeniu się nie były byle jakimi klaczami. W ich żyłach płynęła gorąca, szlachetna krew. Umięśnione nogi, jak i całe ciało. Wysokie, trzy kare ogiery, które zdawać by się mogło nic sobie nie robiły z ciężaru ich jeźdźców, wszak mithirlowa, płytowa zbroja do najlżejszych nie należała. Zakonnicy przez cały czas mieli zdjęte hełmy, coby się mniej pocić w trakcie oczekiwania na reszte kompanii. Odezwał się środkowy rycerz, który z twarzy nie wyglądał na najmłodszego. Można powiedzieć, że jak na wojownika, możnaby go uznać za emeryta. Jednak to właśnie od niego emanowała największa siła magiczna, od reszty także była wyczuwalna, dla użytkowników magii, ale już mniejsza.
- Dziękuję, mości Longinusie. - podziękował na początku wąsatemu rycerzowi. - Jest to dla nas wielki zaszczyt, Kanclerzu. Jesteśmy wielce radzi, że mogliśmy was poznać. Pozwólcie, że nas przedstawię. Jam jest Dypold KĂśkeritz von Dieber, a moimi towarzyszami broni są Henryk von Plauen i Gilbert von Lichtenstein. Skromni słudzy naszego Pana - Zartata.
Wskazał wpierw na brodatego, rosłego mężczyznę, który mógłby poszczycić się swoją tenżyzną fizyczną, patrzył z podniesioną głową, lecz z odpowiednim szacunkiem na Marduke'a, przyglądał mu się i chyba porównywał do siebie. Następnie wskazał na drugiego rycerza, trochę młodszego, który z zarostu zrezygnował. Wyglądał na ciekawego świata mężczyznę, przed którym świat stoi otworem i jeszcze nie jedno zobaczy swoim życiu. Przyglądał się zebranemu towarzystwu z zaciekawieniem. Po przedstawieniu wszyscy trzej odpowiednio zasalutowali i skłonili się oddając należyty szacunek Dravenowi. Po chwili Henryk von Plauen zmierzył zwrokiem przybyłą elfkę.
Kazmir MacBrewmann:
Takich rycerzy Kazmir widział po raz pierwszy. Ich Myrtańsko (?) brzmiące nazwiska zdradzały pochodzenie, barwy jednak były mu obce. Ale przecież nie musi znać zagranicznych bractw rycerskich. Gorzej gdyby to byli obcy najemnicy, wtedy by się obruszył. A tak to miał wyrąbane, jego obchodziły łupy a nie Zartat.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej