Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Revarskie pieśni: Zapach jaśminu
Gunses:
Gunses zdążył przygotować się do walki. Za sobą słyszał orkowy ryk "Nessa! Progan, co z nim?!". Co mogło się z nim stać? Wampir sam chciałby to sprawdzić, jednak teraz większym zagrożeniem byli nieumarli nadbiegający od strony lasu. Gunses zauważył już z daleka to, czemu przybyli dopiero teraz. Zauważył czemu nie atakowali z pierwszą falą. Widział to doskonale w ciemności, w znikomym świetle księżycowego blasku, który przebijał się przez dziury w koronach drzew. Ich twarze, szyje i piersi zdobiły karminowe rozbryzgi. Przed walką zrobili to samo co Cadacus. Spożyli krew. Dodali sobie energii i siły, zapewnili sobie regenerację nie do osiągnięcia przez zwykłych mieszańców ziemi.
Z tą energią i siłą wbili się w wylot rozpadliny.
Niektórzy skacząc, inni wbiegając - wszystkich miecze i sztylety były obnażone i skierowane na Cadacua. Bardziej niż na zmyśle wzroku polegali oni na słuchu, ruchu powietrza. Jakby wiedzieli, że przeciwnik posiada zdolność oślepienia ich. Cadacus nie pozwolił im wedrzeć się do środka w pierwszej fali. Wyskakując kilka metrów do przodu starł się z nimi w wąskim gardle, jakie tworzyły dwie przeciwległe ściany wejścia do rozpadliny. Miecze zderzyły się ze sobą w metalicznych dźwiękach zderzanych kling. Cadacus walczył jednym mieczem, zgodnie z kodeksem walki Wieszczego. Druga ręka zawsze może być Ci potrzebna do chwytu, utrzymania równowagi, odbicia się. Gdybyś miał w niej broń, nie zachowasz pełnej sprawności ruchowej. Mógłbyś broń wypuścić z ręki? Nie wiesz, czy tym samym nie dał byś przeciwnikowi kolejnego oręża... Przypominał sobie słowa, jakimi nauczał Gunses, a właściwie Ra, nauczał Nacjo. Wojownikowi wystarczy jeden miecz. Jeżeli jesteś prawdziwym zabójcą, nie potrzebujesz niczego więcej.
Walka z trzynastoma przeciwnikami była niemałym wyczynem, jednakże Gunses przerabiał już takie starcia nie raz, nie dwa razy. Od czasów Klanu Oshi, przez wszystkie inne dzieje Cadacusa jedno pozostawało zawsze w jego pobliżu. Walka i śmierć jego przeciwników. Czy przed laty ten chłopak, żyjący wtedy na pustyni jako syn Zubena i przyszły następca jego tronu pomyślałby, że po trzydziestu jeden latach od opuszczenia kontynentu będzie walczył z wampirami w obronie swojego domu? Historia wyniosła go wysoko ponad przeciętność. Stał się władcą wampirów. Był tym, o którym proroctwa mówiły 'Przeklęty na Imieniu i na Duszy'. Był tym o którym mówiono "Tu i Teraz". I był on Tu. I był on Teraz. A przy nim Setrme.... Co w języku starowampirycznym oznacza nie mniej, nie więcej jak po prostu ÂŚMIERĂ.
Na czym polegać ma walka z przeciwnikami w ilości większej niż jesteś w stanie zabić? Na prostej rzeczy, chodzi o to by... O nie. Tego trzeba nauczyć się w Zgromadzeniu Cienia. Gunses przyjął pierwsze trzy zdawałoby się jednoczesne ciosy na swoją klingę miecza. Ułożenie własnego ostrza prowadził tak, aby jak najmniejszym trudem strącać miecze przeciwników na ziemię. Dzięki temu sam nie tracił czasu, a renegaci gubili rytm. Czekając na silną paradę, na której zawiesiliby pozycję do skrytego ataku sztyletem od dołu. Gunses wiedział o tym, sam gdyby była taka konieczność próbował by takiego ataku. Jednak Cadacusa różniło od banitów to, że potrafił ocenić przeciwnika i przed pierwszym atakiem obrać na niego plan. Gunses był dodatkowo wytrawnym wojownikiem. Walczącym na niezliczonych polach walk i kładącym niezliczone zastępy przeciwników do grobów. Dlatego walka z banitami mimo tego, że wymagająca była, nie była dla Gunsesa śmiertelnie niebezpieczna.
Po sparowaniu ciosów z szybkością przerastającą przeciwników Gunses odwinął się i zamarkował cios koszący na prawą stronę. W rzeczywistości wykonał lekki wyskok w lewą i wbił się nieświadomemu banicie mieczem prosto w oko, dosięgając srebrnym ostrzem mózgu i raniąc go na tyle dotkliwie, że śmierć musiała po chwili wzbogacić swą armię nieumarłych o kolejną zabłąkaną duszę. Gunsesowi nie podobał się ten zdradziecki cios jaki wykonał. Był oczywiście efektywny i spełnił swoją rolę, jednakże pozostał po nim smak jak po krwi marnej jakości. Wrzask umierającego banity wprowadził lekką konsternację na twarzach jego pobratymców. To nie tak miało być. Nieumarły miał atakować na prawą! Czemu ginie ktoś po lewej? Gunsesowi zdawało się, że właśnie te pytania są wypisane na twarzach atakujących wampirów. I to mu wystarczyło. Nim w głowach wampirów przebrzmiały te pytania, ich ciała już zostały ich pozbawione. Głów znaczy. Cadacus ciął ostro, ze skrętu bioder, łapiąc miecz w obie ręce i prowadząc niczym kosę. Trzy głowy wzleciały w powietrze niczym piłeczki. Wlokły za sobą sznury krwi, brocząc nią wszystko dookoła. Nigdy nie możesz pozwolić sobie na wahanie, Nacjo.
Gunses już wirował. Ponieważ nim ostatni głowa odleciała w powietrze pomiędzy działami kompanów pojawiły się już kolejne ręce ze sztyletami. Banici chcieli dosięgnąć ciała Cadacusa, lecz mimo iż był tak blisko, ich sztylety i miecze zostały zbijane klingą miecza lub trafiały w pustkę, miast w ciało. Cadacus zagłębił się w przeciwników, aby być bliżej nich. Nigdy by nie przypuszczał, że oto spełnia się proroctwo. W ziemie Numenoru ponownie wsiąknie krew Nieśmiertelnych. Niestety tak właśnie było. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że wampir miast przeciwko wilkołakom, walczył przeciwko wampirom. Dzieci Nocy tak poróżnione... Dokładnie tak jak...
Gunses odbił kolejne atakujące go miecze, wyskoczył do góry i wykonał salto w tył. Kończąc skok znalazł się za wampirem banitą. To w jak szybki sposób do niego przylgnął by zatopić kły w jego karku umykało wzrokowi nawet jego pobratymców. A to, że w jednym zaciągnięciu się krwią Gunses wypił jej ponad półtora litra, świadczyło o jego głodzie na ofiary. Odskakując pociągnął za sobą banitę, który nakierował swój miecz na swój własny brzuch i przebił go na wylot. Poświęcenie godne słusznej sprawy. Jednak Gunses który chłeptał jego krew widział dokładnie jego ruchy. W ostatniej chwili uskoczył przed ostrzem wychodzącym pod żebrami wampira na plecach. Jednocześnie łapiąc jego łeb w szpon a miecz przykładając do karku, zwyczajnie mu go oderżnął. Odskoczył i uniknął ciosu spadającego z góry wampira. Odskok był tylko na chwilę na prawą nogę, z której potem zaraz się wybił w przeciwnym kierunku, przeleciał nad podnoszącym się wampirem i wbił mu miecz pomiędzy żebra, lekko po lewej stronie od kręgosłupa. Serce zostało przebite srebrem. Naparło na niego trzech, dwóch tnąc od góry koszącymi cięciami, których szybkość rozmazywała kształt mieczy, drugi z wypadu celując w twarz. Jeden cios musiał dotknąć Gunsesa. Dotknął.
Cadacus zareagował błyskawicznie, jednak w jego reakcji próżno szukać było zachowania intuicyjnego, które najczęściej nie ma nic wspólnego z planowaniem. Gunses wiedział jak wykorzystać swoje zdolności aby przenieść szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Nie bez powodu był nazwany przez swojego byłego nauczyciela Niszczycielem. Wypadek, który spotkał Władcę Wampirów przed laty, przyniósł Gunsosowi zwiększenie potęgi i mocy. Stało się to za sprawą demonicznego szponu. Kiedy w magicznej eksplozji Gunses praktycznie stracił swa lewą dłoń i przedramię, Isentor zaproponował wyjście w tej sytuacji. Nieprzytomnego Cadacua poddano próbom, które zmieniły jego wydolność, zwiększyły siłę i wzbudziły rządzę uśmiercania. Kiedy wystawiony do góry poziomo miecz, przyjmował na siebie miecze banitów, demoniczny szpon posłużył Gunsesowi jako żywa tarcza przed uderzeniem. Miecz banity zatrzymał się na nim, jakby zatrzymał się na skalnej ścianie. Bo i wytrzymałość tego wytworu nauki i badań była nie do porównania ze znanymi minerałami. Cadacus po odbiciu miecza chwycił go w swój szpon, w same koniuszki pazurów i pozwolił sobie na ujście emocjom. Wyzwolona błyskawica przelała się po mieczu i dotknęła wampira. Czary dały Cadacusowi chwilę na wykonanie trzech cięć. Pierwsze pod ucho wampira z prawej, przecinając jego tętnice. Przecięta srebrem nie zregeneruje się, doprowadzając do wykrwawienia. Wampir złapał się za szyję, próbując zatamować swoją uciekającą krew zapewniającą mu wieczne życie.
Cadacus widząc to był już po zabiciu drugiego. Puszczając miecz którym porażał trzeciego wampira, wybił się lekko i wykręcił w szybkim piruecie. W ostatnim jego półobrocie odwinął rękę z mieczem od ciała, poprowadził ją przez rozwarte usta i szyję banity. Szczęka odpadła, miecz rozciął gardło. Upadając wykonał egzekucję na klęczącym od porażeń nieśmiertelnym. Złapał go za kudły, przyciągnął do siebie i poderżnął mu gardło. Pozostała przy życiu czwórka wahała się przed atakiem....
Statystyki na chwilę obecną:
8x Wup (w tym 7 w środku. )
5x Strzygoń (w tym 2 w środku)
4x Wampir banita (atakują Gunsesa)
Yarpen aep Thor:
Wup wup wup dostał włup! Yarpen jakoś był w humorze bo przeciwników ubywało. Kilku zarobiło z Bękarcich kusz, inni padali od mieczy. ÂŻelazne kolczugi chroniły o dziwo dobrze przed pazurami bestii. Yarpen zaś był w swoistej furii, rąbał niczym orczy berserker na grzybkach. Jednym zamachem wielkiego topora rozpłatał 2 strzygonie, by potem przejść do wupów i pomóc swoim ludziom.
1x Wup (w tym 0 w środku. )
3x Strzygoń (w tym 0 w środku)
4x Wampir banita (atakują Gunsesa)
Nessa:
Nie zareagowała od razu. Nie mogła. Wrzaski ludzi, bestii, wystrzały. Była zbyt skupiona na tym, co było przed nią, by zwrócić uwagę, jak Progan pada na kolana, lecz słysząc pytanie orka, zreflektowała się błyskawicznie. Kenshin i Yarpen z Bękartami na razie panowali nad sytuacją. Nessa nie wiedziała jednak, co dzieje się za ścianą stworzoną przez alfę. Jakich to cudów przy pomocy miecza dokonuje hrabia.
Bez słowa znalazła się przy Proganie. Nie widziała u niego żadnych ran, lecz nie było to miejsce, by cokolwiek oceniać. Ręce, choć to niebezpieczne, miała już wolne i schyliła się, by pomóc mu wstać lub w ostateczności spróbować go przenieść dalej od wampirów.
-Chodźmy - powiedziała, jak najłagodniej się dało. Nie ułatwiał tego fakt, że musiała unieść głos, by jej towarzysz na pewno ją usłyszał. Nie czekała na jakąkolwiek odpowiedź. Progan nie mógł tu zostać. Szansą była jaskinia lub nagły powrót staruszka do rzeczywistości.
//: Wybaczcie - praca, studia, trochę snu :<
Progan:
Progan był skonfundowany. Od osunięcia się na kolana minęło może półtorej minuty. Od kiedy opuściły go rozbrzmiewające w głowie imiona i obrazy minęły ze dwie minuty. Był już przytomny i świadomy sytuacji w której się znajdowali. Również tego, że znowu coś odjęło mu siły. Osłabiwszy go, osłabiło całą resztę drużyny, ponieważ zaangażowało ich do pomocy jemu, a nie całej grupie. Niezrozumienie sytuacji sprzed dwóch minut łączyło się z poczuciem wstydu przed sobą, przed Nessą, przed Kenshinem. Najchętniej pozbyłby się głosów z głowy, przeszywając skroń sztyletem. Jego stare życie mogło kosztować zdrowie i życie jego kompanów.
- Chodźmy - usłyszał. Wstał, czym prędzej poszedł do jaskini wraz z elfką. Gdy tylko znaleźli się w środku rzekł całkiem trzeźwo
- Dzięki. Wracaj tam. Tam Twój łuk jest potrzebny. Dam radę. - co miał powiedzieć? ÂŻe nie wie co się z nim dzieje? ÂŻe nie wie czy da radę?
Edit. Poprawiłem literówkę. -j*
Nessa:
- Za chwilę będę z powrotem - uśmiechnęła się lekko, ściągając łuk z pleców. Co innego miała powiedzieć? ÂŻe nie wie, czy wróci? Lub nie wie, czy to będzie niedługo? Szybko ruszyła do wyjścia, by ponownie dołączyć do towarzyszy. Nie mogła zostać z Proganem. Nie wynikało to z tego, że jej strzała mogła w jakikolwiek sposób przeważyć szalę zwycięstwa, ale obecność w jaskini była zbędna. Mężczyzna czuł się znacznie lepiej, choć wciąż wyglądał niewyraźnie, jednak to nie był dobry czas na przyjacielskie rozmowy. Był bezpieczny i kontaktował, a to było najważniejsze. Na nic się zda towarzystwo elfki, jeśli zaraz do jaskini miałaby wpaść armia wąpierzy.
Gdy Nessa znalazła się ponownie przy orku, sytuacja zdawała się wyglądać tak samo, jak jeszcze kilka minut wcześniej. ÂŚciana stworzona przez alfę była świetnym pomysłem. Teraz pozostało tylko wystrzelać wszystko za nią, a nie było to najłatwiejsze zadanie. Dlatego też długoucha postanowiła się odsłonić i zrezygnować z ochroni, jaką gwarantował czar Kenshina. Nałożyła strzałę na cięciwę i ruszyła na kraniec ściany. ÂŻaden strzygoń nie wychylił się ponad nią, więc elfka nie widziała innego wyjścia. Poruszała się szybko i pewnie, wiedząc, że zaraz po oddaniu strzału będzie chciała się ponownie zasłonić. Tak też zrobiła.
ÂŚciana była długa na pięć metrów, więc nie odeszła daleko, jednak to, co zobaczyła, zmroziło ją na chwilę. Krótką i nic nie znaczącą. Wszędzie były trupy. W znacznej większości wampirów, ale długoucha nie wątpiła, że również gdzieś tu leżeli jej towarzysze. Strzygoń, którego dostrzegła prawie od razu, właśnie wzlatywał wyżej. Liczył zapewne, że tak łatwiej ominie Cadacusa. Przeliczył się jednak i zwalił się w dół, nawet nie wiedząc zapewne, co się stało. Srebrna strzała wystawała mu z czaszki, czego zapewne nie zignorowali jego pobratymcy.
Długoucha wysunęła się jeszcze bardziej zza ściany i nałożyła kolejny pocisk. Tym razem musiała dłużej celować. Las był ciemny, ogień z ognisk nie tyle pomagał, co oślepiał i mylił zmysły. Więc długoucha cierpliwie czekała na odpowiedni moment. Wiedziała, że on nadejdzie szybko. Bestie były dzikie i głodne, a przez to nierozważne. Tym razem jednak nie chciała atakować czegoś, co było jeszcze w lesie. Musiała pomóc swoim kompanom. Tym razem w liczbie 1. Jeden wampir konkretnie.
Posłała zatem strzałę w głowę jednego z banitów, którzy atakowali Gunsesa. Jeden z nich, co wskazywało na to, że nie są bezmyślnymi dzikusami, próbował otoczyć hrabiego wraz ze swoim koleżką. I to właśnie jego upatrzyła sobie długoucha.
W momencie wypuszczania pocisku Tinuviel uświadomiła sobie, że ktoś jej kiedyś opowiadał o wampirach, które potrafią odbijać strzały w locie...
//:
20-2 = 18 srebrnych strzał
1x Wup (w tym 0 w środku. )
2x Strzygoń (w tym 0 w środku)
4x Wampir banita (atakują Gunsesa) - co z jednym banitą, do którego strzeliłam?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej